W imperium Inków, czyli dlaczego każdy musi kiedyś pojechać do Peru

Peru, kraina Andów, Machu Picchu, imperium Inków i nieprzemierzonej Amazonii- nie wyobrażaliśmy sobie, żeby tego kraju zabrakło na trasie naszej podróży po Ameryce Południowej. Niesamowite nagromadzenie atrakcji (oraz oczywiście chęć odwiedzenia nas) przywiodła tu również Ani brata, Marcina (zwanego Cinkiem) oraz naszego kolegę, także Marcina, z którymi to podróżowaliśmy bardzo intensywnie przez ostatnie trzy tygodnie (co było powodem naszej dłuższej nieobecności tutaj).
Zanim jednak spotkaliśmy się z nimi w stolicy kraju, Limie, czekała nas nie lada przeprawa, aby dotrzeć tam z Ekwadoru.

Granica, którą przekraczaliśmy nosi miano najniebezpieczniejszej w całej Ameryce Południowej: czytaliśmy oraz słyszeliśmy na jej temat wiele historii, m.in. o ekspresowych „porwaniach” przez taksówkarzy w celu wymuszenia sowitej zapłaty. Niestety, z ich usług trzeba skorzystać (chyba, że ktoś planuje pokonać ok. 10 km z bagażami na piechotę), gdyż miejscowości po obu stronach granicy- a jednocześnie ostatnie miejsca gdzie dociera transport publiczny- są położone kilka kilometrów od samego przejścia. Kiedy więc zajechaliśmy do granicznego miasteczka Huaquillas długo dyskutowaliśmy z kierowcą taksówki, wylegitymowaliśmy go, zrobiliśmy zdjęcie licencji i z sercem w gardle wsiedliśmy do samochodu. Okazało się, że zależnie od kierunku granicę przekracza się w dwóch różnych miejscach, co dodatkowo komplikuje sprawę. Gdy wreszcie dotarliśmy do właściwego biura imigracyjnego czekały tam na nas dwa autokary pełne uczniów szkoły teakwondo. Formalności paszportowe trwały tak długo, że gdy po 40 minutach nie ruszyliśmy się z miejsca postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce i zapytaliśmy urzędnika czy nie zgodziłby się odprawić nas przed resztą ogromnej grupy. Gdy miły pan na to przystał opiekun dzieci wpadł w szał, zaczął się awanturować i poszedł po ochroniarza, aby interweniował. Postanowiliśmy nie czekać na wynik tej potyczki i z podstemplowanymi paszportami szybko wyszliśmy na zewnątrz. Tam czekały nas negocjacje z kolejnym taksówkarzem, ponowne wylegitymowanie, fotografowanie licencji i po kilkunastu minutach stresu (to ten odcinek jest podobno najniebezpieczniejszy) byliśmy w mieście Tumbes po peruwiańskiej stronie, gdzie wreszcie mogliśmy odetchnąć z ulgą. Zrobiło się już ciemno, a miasto swoim gwarem, chaosem i kurzem przypominało nam brzydką stronę Indii, więc chcieliśmy się jak najszybciej stamtąd wydostać. Po biegu do bankomatu i odwiedzeniu kilku firm transportowych (nie ma tam jednego dworca autobusowego dla wszystkich przewoźników) wreszcie udało nam się znaleźć nocne połączenie do Trujillo, w połowie drogi do Limy. Nie zdawaliśmy sobie wcześniej sprawy, że na zachód od Andów wzdłuż wybrzeża przez całe Peru ciągnie się pustynia, więc przez pierwsze kilka godzin podziwialiśmy księżycowe krajobrazy po obu stronach Panamericany. Reszta nocy w zatłoczonym autokarze minęła znośnie, ale dzienny przejazd po przesiadce do samej stolicy okazał się drogą przez mękę: głośna muzyka przyprawiająca o ból głowy, upał i niezmienny widok pustyni za oknem z rozsianymi gdzieniegdzie skupiskami glinianych domków pokrytych blachą zaczęły nas mocno męczyć.
Nareszcie, po 31 godzinach w trasie, na wpół przytomni, ale szczęśliwi dotarliśmy do Limy. Nie wiedzieliśmy czy będziemy na miejscu przed Marcinami przylatującymi z Polski, ale szczęśliwy traf chciał, że spotkaliśmy się dokładnie przed wejściem do zarezerwowanego wcześniej hostelu (panowie nas przebili, bo ich podróż z Polski z trzema przesiadkami trwała 36 godzin). Po gorącym powitaniu, wymianie prezentów i szybkim prysznicu postanowiliśmy uczcić spotkanie kilkoma piwami wypitymi w hostelowym barze. Mimo zmęczenia podróżą rozmawialiśmy długo po północy, więc nazajutrz czekała nas ciężka pobudka, aby zdążyć na śniadanie i zaplanowane zwiedzanie stolicy w ramach bezpłatnego spaceru. Ta forma poznawania nowych miast sprawdzona przez nas w innych krajach tym razem okazała się średnio trafionym pomysłem: zarozumiałość jednego z przewodników, jego przechwałki i nieudane dowcipy o konieczności dania napiwku doprowadzały nas momentami do szału. Sama Lima zrobiła na nas jednak znakomite wrażenie: ogromne place z palmami otoczone okazałymi kolonialnymi budynkami oraz niezliczona ilość bogato zdobionych drewnianych balkonów stanowiących wizytówkę miasta. Prosto ze spaceru weszliśmy do przepięknego klasztoru św. Franciszka, gdzie ponownie czekało nas zwiedzanie z przewoźnikiem- tym razem z przesympatyczną panią, która zarażała swoich entuzjazmem i uśmiechem od ucha do ucha. W naszej grupie znalazła się także trójka Holendrów, którzy wcześniej uczestniczyli z nami w darmowym tourze. Gdy po wyjściu z kościoła okazało się, że weszliśmy z Holendrami do tej samej restauracji i chcieliśmy usiąść przy tym samym stoliku setnie się uśmialiśmy z tego ile razy w ciągu jednego dnia nasze ścieżki się przecięły- a miało się okazać, że to dopiero początek takich zbiegów okoliczności. Po smacznym lunchu (zupa z krewetek i pierwsze z wielu spotkań z peruwiańskim specjałem „lomo saltado”, czyli mocno przyprawionymi paskami wołowiny z cebulą i ryżem) obejrzeliśmy jeszcze kilka zabytków i wróciliśmy do hostelu w dość eksluzywnej dzielnicy Miraflores (czytelnicy powieści Mario Vargasa Llosy powinni tę nazwę kojarzyć). Po zmroku wybraliśmy się we czwórkę do jednego z największych na świecie parków fontann na zachwycający pokaz typu „światło i dźwięk”, a następnie spotkaliśmy się z Jankiem, kolegą naszych koleżanek z Polski, który od kilku miesięcy mieszka w Limie, a dokładniej w dzielnicy Barranco, stanowiącej centrum kulturalne metropolii. Impreza w kilku odsłonach oraz miejscach przeciągnęła się do piątej rano, więc wracaliśmy do hostelu nieprzytomni. Nic dziwnego, że kolejny ranek nie należał do najprzyjemniejszych, a ja miałem problem ze spakowaniem się w czasie przewidzianym do wymeldowania się z hostelu. Wieczorem planowaliśmy udać się już do Cuzco, ale wcześniej zobaczyć jeszcze miejscową katedrę i odwiedzić kilka muzeów. Nie wiedzieliśmy, że są one rozlokowane w różnych częściach miasta, a główne z nich, Muzeum Narodowe, jest nieczynne z powodu remontu, więc dużo czasu spędziliśmy w taksówkach aż trafiliśmy do Muzeum Złota, które posiada spore zbiory, ale nie może równać się z tym w stolicy Kolumbii, Bogocie. Dużo większe wrażenie zrobiło na nas Muzeum Broni, które posiada jedną z największych (jeśli nie największą) kolekcji karabinów, mieczów, szabli i mundurów na świecie. Poszukiwania firm autobusowych spełzły na niczym, a zmęczenie po zarwanej nocy dawało nam we znaki, więc po powrocie do hostelu postanowiliśmy spędzić tam jeszcze jedną noc i wyruszyć na południe dzień później niż planowaliśmy. Nazajutrz rano Ania z Marcinami wybrali się na zwiedzanie Pałacu Arcybiskupa oraz Muzeum Inkwizycji z wymyślnymi narzędziami tortur, natomiast ja postanowiłem się dłużej wyspać i przygotować zapasy kanapek na kolejną długą podróż. Tym razem spędziliśmy 21 godzin w trasie, ale mieliśmy dużo lepsze warunki- pierwszy raz w życiu spotkaliśmy się zarówno z posiłkami jak również z autokarowym odpowiednim stewardessy, która je serwowała pasażerom i ogłaszała kolejne stacje.
W Cuzco znaleźliśmy się rano i po szybkim prysznicu udaliśmy się na zwiedzanie. Wiele superlatyw słyszeliśmy wcześniej o dawnej stolicy Inków, ale rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania: miasto położone na wysokości ponad 3300 m n.p.m. zapiera dech w piersi zarówno dosłownie jak i w przenośni. Niestety większość wspaniałej architektury Inków została zniszczona, a ich skarby zrabowane przez hiszpańskich konkwistadorów, ale to co pozostało sprawia ogromne wrażenie- chociażby wielka twierdza Sacsayhuamán (nazywane przez przewodników dla ułatwienia „sexy woman”), która w mieście zaplanowanym na kształt pumy miała stanowić jej głowę, a ogromne 22 kamienne trójkątne mury- jej zęby. Do tego należy dodać wiele imponujących kolonialnych budynków (zbudowanych najczęściej na miejscu oraz z budulców dawnych inkaskich świątyń i pałaców) oraz malarską „szkołę cuzcańską” będącą połączeniem katolickiej tematyki religijnej z estetyczną wrażliwością autochtonów. Nie będziemy tutaj opisywać wszystkich zabytków miasta z osobna, ale wystarczy wspomnieć, że przy samym głównym placu miasta, Plaza del Armas stoją dwie świątynie skąpane w złocie oraz obwieszone kilkudziesięcioma obrazami o sporej wartości historycznej. Oprócz zwiedzania Cuzco przez 2 dni tam spędzone zajęliśmy się także wybraniem organizatora czterodniowego trekkingu na trasie przez przełęcz Salkantay w kierunku Machu Picchu. Odwiedziliśmy kilkanaście biur turystycznych wszędzie twardo negocjując cenę, aż wybraliśmy najlepszą naszym zdaniem (czytaj: najtańszą) ofertę. Noc przed wyruszeniem na trasę ogarnął nas lekki niepokój: wejście na przełęcz położoną na ponad 4600 m n.p.m. groziło chorobą wysokościową, nie mówiąc o warunkach pogodowych, które mogły tam panować.
Po kilku godzinach snu o wpół do czwartej rano wsiedliśmy do minibusa z dziesięcioma pozostałymi uczestnikami trekkingu, a tam czekała nas niespodzianka: trójka Holendrów (Anne, jej chłopak Edwin i ich kolega Sander) spotkani kilkakrotnie w Limie. Pierwszy dzień wędrówki nie należał do przesadnie trudnych, ale niektórych z nas dopadły problemy żołądkowe, więc gdy doszliśmy popołudniu do obozowiska i pojawiła się opcja dodatkowego podejścia do jeziora u podnóża lodowców jako jedyny z naszej czwórki postanowiłem z niej skorzystać. Widoki z brzegu jeziora były spektakularne: w szmaragdowo-turkusowej tafli krystalicznie czystej wody odbijały się dwa jęzory lodowcowe na tle kamieniste zbocza i innych ośnieżonych szczytów, więc reszta naszej grupy miała czego żałować. Noc spędziliśmy w namiotach przy temperaturze schodzącej do zera, ale niewygodę tę w pełni zrekompesowały nam smaczne i obfite posiłki serwowane przez naszych kucharzy.
Drugi dzień był natrudniejszym spośród wszystkich: czekała nas 10-godzinna wędrówka, najpierw podchodząc 600 metrów w górę, a potem 1800 metrów zejścia. Gdy wyruszaliśmy pogoda dopisywała, ale w miarę gdy zbliżaliśmy się do przełęczy warunki stale się pogarszały, a na samej przełęczy czekały nas opady deszczu ze śniegiem i szalejący wiatr. Oczywiście nie muszę dodawać, że widoczność była prawie zerowa, więc gdy doszliśmy do najwyższego punktu trasy zamiast podziwiać widoki myśleliśmy jak najszybciej zejść niżej w osłonięte miejsce, szczególnie, że niektórym dokuczały problemy z oddychaniem na tej wysokości. Wieczorem czekała nas nagroda w postaci ciepłego prysznica (oczywiście płatnego), a nasza grupa składająca się m.in. z Hiszpanów, Francuza i wspomnianych Holendrów zaczęła się coraz bardziej integrować. Kolejny dzień w porównaniu z poprzednim był spacerkiem, pomijąc może bardzo natrętne muszki, których ugryzienia pozostawiały krwawe ślady na wszystkich kończynach. Wieczór spędziliśmy wygrzewając się w ciepłych źródłach oraz tańcząc do późna przy ognisku rozpalonym w naszym obozowisku. Jako, że towarzyszyły temu liczne toasty wznoszone grupowo „Inka tequilą”, czyli lokalnym samogonem, ranek nie należał do najłatwiejszych. Na szczęście nazajutrz czekała nas inna atrakcja: zjazdy na linach (ang. ziplining) rozpiętych na długość 600-1000 metrów nad dnem wąwozu. Wszyscy mnieliśmy z tego niesamowitą frajdę, chociaż my z Anią wiedzieliśmy czego się spodziewać po podobnej przygodzie w Kostaryce, ale dla Marcinów był to pierwszy raz w życiu (mamy nadzieję, że już niedługo uda nam się opublikować film z tej atrakcji, bo po kilku miesiącach wreszcie odzyskaliśmy naszą kamerę). Popołudniu pokonaliśmy też ostatnie kilkanaście kilometrów wzdłuż torów kolejowych do miasteczka Aguas Calientes, ostatniej miejscowości przed wejście na Machu Picchu.
Kolejnego dnia, kiedy dotarliśmy o świcie do inkaskich ruin wydarzyło się tyle, że ciężko tutaj opisać wszystko nawet pokrótce. Machu Picchu, którego zdjęcia widział chyba każdy z nas, w rzeczywistości robi jeszcze większe wrażenie niż mogliśmy sobie to wyobrazić. Miasto zbudowane z mniej lub bardziej dokładnie dopasowanych do siebie kamieni położone na małym płaskowyżu otoczonym kilkusetmetrową przepaścią z trzech stron, stanowiło jeden z najbardziej spektakularnych widoków jakie było nam dane oglądać. W samych ruinach oraz wchodząc na pobliską górę spędziliśmy ponad 10 godzin, pokonując przy tym 1000 metrów różnicy wysokości w obie strony, a i tak wychodząc mieliśmy lekki niedosyt i już planowaliśmy kiedy pojawimy się tu ponownie- bo fakt, że pojawimy się nie ulega żadnym wątpliwościom. Wieczorem, po kolacji z Holendrami, z którymi zdążyliśmy się już mocno zakolegować wsiedliśmy w pociąg, następnie autobus i późną nocą wrócilismy do Cuzco.
Dzień w Cuzco przeznaczyliśmy na oddanie prania, zwiedzenie Świątyni Światła Inków i Muzeum Inków oraz ostatnią kolację z Holendrami, podczas której spożyliśmy miejscowy przysmak- świnkę morską pieczoną w całości (wegetarianom zdecydowanie nie polecamy!). Wieczorem, gdy chcieliśmy odebrać pranie na godzinę przed odjazdem nocnego autobusu w kierunku Jeziora Titicaca, odbiliśmy się od zamkniętych drzwi pralnii: nasze rzeczy zostały zabrane i dopiero po długich dyskusjach udało się wynegocjować, że właściciel przywiezie nam je na dworzec autobusowy. Gdy tam dotarliśmy dość mocno zestresowani okazało się, że pan owszem czeka na nas z pranie, ale jest ono zupełnie… mokre! Mówiąc dość oględnie szlag nas trafił, pokłóciliśmy się z panem i wsiedliśmy do autobusu z zamiarem zorganizowania w nim dużej suszarnii.
Do Puno, głównego miasta wypadowego położonego nad Jeziorem Titicaca, dojechaliśmy przed świtem. Tu czekały nas dwie niemiłe niespodzianki: miejscowość ta jest położona jeszcze wyżej niż Cuzco, bo na wysokości ponad 4000 m n.p.m, a co za tym idzie o tej godzinie panował tam nie lada ziąb, żeby nie powiedzieć mróz. Rozwiesiliśmy pranie na linkach, poszliśmy spać na kilka godzin i obudziliśmy się w zupełnie innych okolicznościach. Wraz z nastaniem dnia słońca zaczęło tak mocno świecić, że od razu się rozgrzaliśmy a naszym rzeczom przestało grozić zbutwienie.
Jako pierwszy cel na największym jeziorze Ameryki Południowej (a jednocześnie najwyżej położony żeglowny zbiornik wodny na świecie) obraliśmy sławne wyspy pływające Uros zbudowane z grubej trzciny zarastającej brzegi jeziora, na których od wieków zamieszkuje plemię obowiające się dominacji nazjeźdźców, w tym głównie Inków. W dzisiejszych czasach większość dochodów mieszkańcy ich czerpią z turystyki a niektóre tradycje plemienne zanikły (niektórzy „mieszkańcy” wręcz dopływają na wyspy tylko w ciągu dnia do pracy), ale i jest to zjawisko niespotykane chyba nigdzie indziej na świecie. Popołudniu przemierzyliśmy kilkadziesiąt kilometrów w odwrotnym kierunku jadąc przez typową pampę do wież pogrzebowych Sillustani położonych nad Jeziorem Uyumo. Same ruiny robiły umiarkowane wrażenie, ale krajobraz w ogół- wręcz przeciwnie. Surowe piękno wzgórz schodzących pionowo do wody i kontrastujące z promieniami słonecznymi odbijającymi się w tafli jeziora przywiodło nam na myśl jezioro Bajkał na Syberii czy Tekapo w Nowej Zelandii.
Kolejnym punktem programu była dwudniowa wycieczka na inne wyspy na Jeziorze Titicaca- tym razem nie pływające, ale mogące pochwalić się inkaskimi ruinami, pięknymi krajobrazami i zamieszkałe przez dwie różne grupy etniczne. Sama kilkugodzinna przeprawa łódką przez wzburzone wody akwenu stanowiła sporą atrakcję. Gdy dopłynęliśmy na miejsce zostaliśmy zakwaterowani u miejscowej rodziny żyjącej w dość spartańskich warunkach (kuchnia na klepisku z glinianym piecem, której najnowocześniejszy sprzęt stanowił gazowy palnik), która przyjęła nas bardzo serdecznie. Pożywienie stanowiły różne odmiany ziemniaków z dodatkiem jajka lub sera, a ruiny okazały się dużo mniej okazałe niż oczekiwalismy, nasza niezbyt rozgarnięta nastoletnia przewodniczka pogubiła drogę i po schodziliśmy po ciemku na przełaj ze skalnych tarasów, ale gościnność i obserwowanie autentycznie odrębnej kultury z bliska zrekompensowało nam te niedogodności. Wisienkę na torcie stanowiło wyjście w tradycyjnych lokalnych ponczo i wełanianych czapkach na lokalną imprezę taneczną, gdzie kwartet muzyków przygrywał skoczne kawałki a wszyscy zgodnie tańczyli za ręce w kółkach.
Z Puno udaliśmy się do Arequipy, drugiej po Limie metropolii Peru, która stanowi jednocześnie punkt wypadowy do Kanionu Colca, gdzie chcieliśmy zorganizować kolejny trekking. Arequipa, która jako całość nie jest nie robi ogromne wrażenia, może pochwalić się dwoma naprawdę wspaniałymi miejscami. Pierwszym z nich jest muzeum Juanity, „lodowej dziewicy”, czyli nastolatki, która została ok. 500 lat temu przez Inków poświęcona w ramach przebłagania bogów na szczycie Ampato (6309 m n.p.m.), a przez mróz tam panujący jej ciało zachowało się w bardzo dobrym stanie. Drugim jest konwent św. Katarzyny: „miasto w mieście”, ogromny obszar (ponad 20 tys. metrów kwadratowych) odgrodzony przez wieki od świata zewnętrznego, który przenosi odwiedzających kilkaset lat wstecz oraz do odległej o kilkanaście tysięcy kilometrów słonecznej Hiszpanii.
Po jednym dniu zwiedzania ponownie czekała nas pobudka w środku nocy, wejście do minibusa o 3.30 nad ranem i ponad 5 godzin w kierunku Kanionu Colca. Po przystanku w punkcie widokowym na szczycie wąwozu, skąd podziwialiśmy latające nad głowami kondory (jedne z największych ptaków na świecie, uważane przez Inków za święte) zaczęliśmy w skwarze i kurzu schodzić na dno drugiego pod względem głębokości (niektórzy twierdzą, że wręcz najgłębszego) kanionu na świecie. Klimat panował tam naprawdę pustynny, więc pot lał się z nas obficie, szczególnie gdy po zejściu i przekroczeniu rzeki nadszedł czas podejścia po drugiej stronie. Po siedmiu godzinach wędrówki dotarliśmy do celu: zielonej oazy położonej nad rzeką otoczonej z każdej strony pionowymi ścianami kanionu pnącymi się kilkaset metrów w górę. Wieczór upłynął bardzo miło na kąpieli w basenie i długich rozmowach przy rumie przyniesionym w plecakach. Miło nie było już niestety nazajutrz. Okazało się, że przed wyjściem na kilugodzinne podejście o 5 rano nie ma możliwości ani zjedzenia śniadania ani zakupu wody mineralnej, a z powodu awarii nie było także wody w kranie, więc opcja oczyszczenia jej tabletkami odpadła. Głodni, niewyspani, źli i niemiłosiernie spragnieni wspinaliśmy się przez 3 godziny zygzakiem pod prawie pionową ścianę. W drodze powrotnej do Arequipy zatrzymaliśmy się m.in. przy gorących źródłach oraz na przełęczy położonej na wysokości 4900 m n.p.m., z której roztaczał się piękny widok na wszystkie okoliczne wulkany i po wieczorze spędzonym w mieście wsiedliśmy w nocny atobus w kierunku Nazca.
Miejscowość ta znana jest na całym świecie z kilkudziesięciu ogromnych kształtów wyrytych na pustyni przez kulturę preinkaską, także zwaną Nazca. Celu ani znaczenia geoglifów nie udało się odkryć przez ostatnie kilkadziesiąt lat, mimo, że niektórzy poświęcili temu całe swoje życie. Najlepszą metodą ich oglądania jest przelot awionetką nad pustynią, więc prosto z dworca autobusowego udaliśmy się z bagażami na pobliskie lotnisko. Po kilkugodzinnych przepychankach, negocjacjach i uiszczeniu sowitej zapłaty wreszcie udało nam się znaleźć w samolocie i wystartować. Widoki były wspaniałe- oprócz samych kształtów duże wrażenie robiła pustynia usiana gdzieniegdzie ostrymi wzgórzami. Lot obfitował w lekkie turbulencje, co zapewniło nam zastrzyk adrenaliny, a Cinek przypłacił lekkimi mdłościami, ale po fakcie wszyscy byli zachwyceni. Gdy trochę ochłonęliśmy już na ziemi wróciliśmy do miasta i znowu wsiedliśmy w autokar, tym razem do Limy.
Ostatnie dwa dni w stolicy Peru spędziliśmy z Marcinami na zwiedzaniu starożytnych ruin Pachacámac, zakupie licznych pamiątek oraz na wykwitnym pożegnalnym obiedzie, na który składała się m.in. grillowana ośmorniczka, małże, tradycyjne peruwiańskie ceviche oraz przepyszny tuńczyk w sosie miodowo-sezamowym. Udało nam się również ponownie spotkać z naszym nowym kolegą Jankiem, który zabrał nas do kilku barów we wspomnianej wcześniej dzielnicy Barranco. W czwartek popołudniu pożegnaliśmy się z Marcinami, którzy udali się w ponad 40-godzinną podróż do Poznania. Po ich wyjeździe postanowiliśmy trochę odpocząć, nacieszyć się nadchodzącą wiosną w Limie i zaplanować dalszą część podróży. Udało nam się też kilkakrotnie spotkać z Jankiem, któremu z tego miejsca chcielibyśmy gorąco podziękować za wszystko co dla nas zrobił!
Kolejny przystanek: Boliwia. Do usłyszenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *