Viva Cuba libre!

Po wielkim przeskoku językowo-kulturowym z krajów anglosaskich do latynoskich (czyli przelocie z USA do Meksyku) przyszedł czas na swoistą podróż w czasie, a konkretnie na wizytę na Kubie. Kraj ten rządzony od prawie sześciu dekad żelazną ręką przez rewolucjonistów pod wodzą braci Castro i objęty wieloletnim amerykańskim embargiem handlowym przypomina w swoim komunistycznym zastoju schyłkowy PRL, który pamiętamy z Anią mgliście z naszego dzieciństwa. Różnice są jednak na tyle liczne i znaczące, że czujemy, iż to co tutaj widzimy i przeżywamy jest niepowtarzalne i już wkrótce może się gwałtownie zmienić.

Pierwsze, co rzuca się w oczy już w drodze z lotniska w Hawanie to samochody. Mieszanka amerykańskich Cadillaców z lat 40-tych i 50-tych, starych Ład, nieśmiertelnych Maluchów (niekiedy z polskimi napisami) czy wysłużonych Moswiczy stanowi tak niesamowity widok jakbyśmy byli uczestnikami niekończącego się pokazu zabytkowych automobili. Kubańczycy, nazywani przez co po niektórych „najlepszymi mechanikami świata”, potrafią jednak zamontować w tych autach pamiętających wojnę takie wynalazki jak radio z CD, centralnego pilota czy klimatyzację (przy braku np. sprawnego prędkościomierza), co daje naprawdę surrealistyczny efekt.
Drugi uderzający fakt to bieda i niedostatek na ulicach stolicy. Prawie wszystkie budynki- zarówno urokliwe stare kolonialne kamienice jak i betonowe bloki z wielkiej płyty- są obdarte, zaniedbane i pilnie potrzebują remontu. Dzieci biegają za obdartą piłką pomiędzy stertą niewywiezionych śmieci, a mężczyznami grającymi w domino na rozkładanym stoliku postawionym na chodniku. W sklepach spożywczych wybór sprowadza się do rumu, papierosów i kilku napojów gazowanych, a odzieżowych- kilku pojedynczych sztuk koszul czy sukienek wiszących na tle pustych ścian. Gdy wieczorem wyszliśmy do miasta na jedzenie odkryliśmy, że połowę ulic spowija mrok z powodu braku lub awarii oświetlenia.
Trzecią osobliwością jest nad wyraz pozytywne i przyjazne usposobienie większości mieszkańców wyspy, co dość mocno kontrastuje z punktem poprzednim. Wydaje się, że braki materialne w dużym stopniu są rekompensowane przez poczucie wspólnoty i dobrą zabawę, a w szczególności dwie wszechobecne tutaj rzeczy: taniec i muzykę (o tym szerzej potem).
A jak wyglądała konkretnie nasza podróż? Po wieczorze spędzonym w Hawanie na piciu piwa ze spotkanymi dwoma Polakami (którzy przyjechali tu rozręcać firmę programistyczną), rano wsiedliśmy z parą Francuzów w „prywatną taksówkę” (tutejsza- chyba nie do końca legalna- alternatywa dla państwowych autobusów) i zajechaliśmy do Cienfuegos, gdzie czekali na nas nasi przyjaciele Agnieszka i Wojtek ze swoją niespełna roczną córeczką Ulą. Po wylewnych uściskach i wypiciu powitalnego mojito na naszym nadmorskim tarasie wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta zwanego dumnie „Perłą Południa”. Miasto, założone stosunkowo późno (w 1819 r.) przez francuskich przybyszów (a nie jak pozostałe- przez hiszpańskich), odznacza się niezwykle rozłożystymi alejami i kolonialnymi posiadłościami z kolumnami i tarasami przypominające plantacje bawełny z „Przeminęło z wiatrem”. Wieczorem zakupiliśmy butelkę rumu Havana Club (uważanego na świecie za luksusowy, a tu traktowany jak- nie przymierzając- odpowednik naszej wódki Luksusowej) i po długich „nocnych Polakòw rozmowach” poranek nie należał do najprzyjemniejszych. Po kolejnej dawce zwiedzania w niemiłosiernym upale wyruszyliśmy w piątkę starym Cadillaciem (spełniło się marzenie Wojtka, żeby się takim przejechać) bez sprawnego prędkościomierza i wycieraczek, ale za to z klimatyzacją, dalej wgłąb wyspy do Trynidadu.
Trynidad, dawna siedziba nawiększych plantatorów trzciny cukrowej w kraju (przez co może się pochwalić wieloma okazałymi budynkami), przeżył w wyniku wojny w 1850 roku tak nagłe załamanie, że chodząc po brukowaych ulicach starej części miasta ma się wrażenie jakby czas sę zatrzymał tutaj półtora wieku temu. Kolejnego dnia mieliśmy okazję podziwiać wspomniane malownicze plantacje z pokładu parowozu chyba też pamiętająceo czasy świetności regionu. Nasza casa particular (prywatny pensjonat, w odróżnieniu od państwowych hoteli) mimo iż położona blisko centrum, posiadała orzeźwiający basen z możliwością gry w wodną koszykówkę, co dostarczało również nam sporo rozrywki. Gdy do tego dodamy niezwykle smaczną ropa vieja (z hiszpańskiego dosł. „stara odzież”, czyli mięso siekane) w restauracji znalezionej dzięki programom Roberta Makłowicza oraz malowniczą plażę z białym piaskiem i palmami to nie ma się co dziwić, że Trynidad jak na razie plasuje się na szczycie listy miejsc odwiedzonych na Kubie.
Niestety, po pięciu dniach wspólnych rozmów, żartów, degustacji rumu i zabaw z Ulą przyszedł czas rozłąki z naszymi przyjaciółmi, którzy wyruszyli z powrotem na północ do Varadero mającego renomę najlepszego kurortu na Kubie. My tymczasem, po dniu rekonwalescencji, wyruszyliśmy w dalszą drogę na południe, tym razem do Camagüey, gdzie trafiliśmy w środek corocznego karnawału. Muzyka co noc rozbrzmiewała na ulicach, przy czym za każdym razem w innej odsłonie: raz byliśmy świadkami parady platform z tancerkami w pióropuszach, stanowiący uboższą wersję tego z Rio de Janeiro; innym razem zdarzyło nam się trafić na imprezę, gdzie przeważali geje, lesbijki, transwestyci i dragqueens; a na koniec słuchaliśmy klasycznego kubańskiego bandu z bębnami, trąbkami i kilkoma wokalistami. Samo miasto składa się z labiryntu uliczek mającego stanowić obronę przed piratami i poprzecinanego kilkoma malowniczymi placami z kafejkami i restauracjami dookoła. Poza tym Camagüey stanowi centrum kubańskiego katolicyzmu (tutaj też dotarł nasz niezmordowany Jan Paweł II), ale podobnie jak w innych miatach wszystkie zabytkowe kościoły były pozamykane na cztery spusty. Ciekawe okazały się natomiast dwie spontaniczne rozmowy: najpierw z właścicielem galerii sztuki podyskutowaliśmy o polskim filmie i literaturze (znał między innymi Wajdę, Kawalerowicza czy Sienkiewicza), a później niezwykle zaskoczeni płynną polszczyzną sprzedawcy pamiątek wysłuchaliśmy jego historii rodzinnej (matka Polka poznała ojca Kubańczyka na studiach w Katowicach) i planów na przyszłość, gdy tutaj- podobnie jak w Polsce- komuna się już wkrótce skończy.
Wczoraj wsiedliśmy w autobus i po ośmiu godzinach zajechaliśmy do Santiago de Cuba, drugiego pod względem wielkości miasta kraju, z którego przy dobrej pogodzie widać już podobno światła Jamajki. Jeszcze nie wiemy, gdzie udamy się dalej- w grę wchodzi zdobycie najwyższego szczytu kraju nieopodal dawnej rewolucyjnej sidziby Fidela Castro lub kilkudniowy relaks na plaży- ale na pewno damy Wam o tym znać, gdy ponownie będziemy mieli dostęp do internetu (na Kubie nie jest on rzeczą powszechną- aby zamieścić ten wpis musieliśmy się udać do hotelu, gdzie za słoną opłatą można przez godzinę korzystać z tego luksusu). Do usłyszenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *