Surfując po amerykańskich kanapach i metropoliach

Trzy tygodnie temu po ponad miesiącu spędzonym w Kanadzie opuściliśmy ciepłe gniazdko u Bogny, Ani siostry, w Port Colborne nad jeziorem Erie i rozpoczęliśmy naszą przygodę z Ameryką. Do Buffalo, naszego pierwszego przystanku w USA zawieźli nas Jan i Donna, przyjaciele Bogny (a teraz po części również nasi). Po wizycie w kościele z przepięknymi witrażami Tiffany’ego zabrali nas na lokalną odmianę skrzydełek, z których słynie to miasto (tzw. Buffalo chicken wings), a następnie podrzucili pod drzwi Catie, naszej gospodyni z Couchsurfingu (w skrócie: CS). Był to pierwszy raz, gdy skorzystaliśmy z tego serwisu (dla niezorientowanych: polega on na tym, że ludzie z całego świata posiadający w swoim mieszkaniu wolny pokój albo kanapę oferują nocleg za darmo przyjezdnym, w zamian poznając inne kultury i historie z podroży), więc nie do końca wiedzieliśmy jak to działa i czego się spodziewać.

Okazało się, że jest to naprawdę wspaniała sprawa, a nasze wszystkie późniejsze doświadczenia tylko nas utwierdziły w tym przekonaniu (o czym szerzej za chwilę). Catie, młoda kucharka, także po raz pierwszy kogoś gościła, ale okazała się być przemiłą i niezwykle kontaktową osobą, więc szybko przełamaliśmy lody.
Po krótkiej rozmowie wybraliśmy się na zwiedzanie miasta. Historia Buffalo to łagodniejsza wersja tej z Detroit: niegdyś jedno z najbogatszych miast w kraju z rozbudowanym przemysłem ciężkim, ktory w czasach globalizacji został w dużej mierze przeniesiony do tańszych krajów, a Buffalo zubożało i wyludniło się na tyle, że centrum miasta świeci pustkami. Wśród niewielu atrakcji jedynie dzielnica teatrów błyszcząca minionym już splendorem przykuwa na dłużej oko. Wieczorem wyruszyliśmy z Catie, jej kolegą oraz innym Couchsurferem na wycieczkę po lokalnych barach, a noc zakończyła się „afterem” w domu. Następnego ranka Catie odwiozła nas na pociag zmierzający do Bostonu. Przejazd amerykańskim Amtrakiem, co prawda opóźniony o 3 godziny, był bardzo wygodny, ale miny nam zrzedły gdy dowiedzieliśmy się, że tego dnia inny skład tej samej firmy wykoleił się pod Filadelfią. Do Bostonu zajechalismy przed północą i na dodatek okazało się, ze z powodu awarii systemu za dużo gości zarezerwowało nocleg, więc musimy spać na łóżkach polowych w nieczynnej kawiarni na parterze budynku. Początkowe lekkie zakłopotanie zamienilo się w rozbawienie, gdy okazało się, że salę dzielimy z dwoma Francuzami i Amerykaninem, a klimat przypomina letnią kolonię.
Z rana ruszyliśmy w trasę po mieście i Boston od początku bardzo przypadł nam do gustu. Jest to jedno z najbardziej bogatych w historię amerykańskich metropolii (m.in. sławna herbatka bostońska czy wojna o niepodległość) stanowiąca przyjemną mieszankę starej architektury, drapaczy chmur i malowniczych parków. Może się ono też pochwalić najlepszymi uniwersytetami w kraju (my odwiedziliśmy tylko zabytkowy kampus Harwardu) czy bogatymi w zbiory galeriami sztuki (to w tamtejszym Muzeum Sztuk Pięknych rozpoczęliśmy nasza dwutygodniową przygodę z Picassem, Van Goghiem, Monetem czy Pollockiem). Drugą noc spędziliśmy u Mariyii i Ajita, pochodzących odpowiednio z Bułgarii i Indii, którzy odbyli podróż podobną do naszej, z tym, że im przedłużyła się do 21 miesięcy a teraz nocują u siebie podróżników w ramach CS. Opowiedzieli nam wiele ciekawych i pozytywnych historii o tym jak gościli u ludzi na całym świecie i jak teraz odwdzieczają się przyjmując innych, co ostatecznie przekonało nas do idei Couchsurfingu.
Kolejnym przystankiem był Nowy Jork- miasto, które nigdy nie śpi i o którym powstało tyle filmów, książek i piosenek, że każdy kto tam przybywa ma bardzo wygórowane oczekiwania, dlatego też Ania była początkowo rozczarowana tłumami na ulicach, bałaganem i mocno przytłaczającą atmosferą miasta (ja miałem okazję odwiedzić NYC kilka lat temu). Jednak po kilku spacerach po Central Parku, wizytach w czterech różnych muzeach (tutaj nasze malarskie ukulturalnianie się osiągnęło punkt szczytowy) czy spacerze po moście Brooklynskim przekonała się do tego miejsca.
Sprawa noclegów nie przedstawiała się tutaj już tak różowo: znalezienie gospodarza na CS graniczy w Nowym Jorku z cudem, więc dwa pierwsze dni spędziliśmy w jedynym tanim hostelu jaki nam się udało znaleźć na Brooklynie (o Manhattanie można zapomnieć). „Hostel” to jednak określenie zdecydowanie na wyrost. Było to kilka kamienic prowadzonych przez rodzinę Afroamerykanów, którzy byli na tyle wyluzowani, że miejsce przypominało raczej komunę hippisowską, co przestało być jednak śmieszne, gdy przyszło do poziomu higieny łóżek i łazienki. Resztę pomińmy milczeniem.
Na ostatnie dwie noce udało nam się znaleźć nocleg u Jean, młodej Filipinki, ktora również gościła ludzi z CS po raz pierwszy, a w jej salonie oprócz nas nocowała bardzo miła para Hiszpanów oraz niezwykle problemowa Kanadyjka. Tutaj warunki były o niebo lepsze niż w hostelu i atmosfera bardzo przyjemna, jednak dojazd z Jamajki, ostatniej stacji metra na Queens, do centrum zajmował ponad godzinę, a z powodu nieporozumienia jednego wieczoru byliśmy zmuszeni czekać na resztę ekipy w pobliskim barze z taką mieszanką narodowości, że była to przygoda sama w sobie.
Po czterech dniach w Wielkim Jabłku (jak swoje miasto nazywają nowojorczycy) wyruszyliśmy autobusem do Filadelfii, miasta amerykańskiej konstytucji, boksers Rocky’ego biegającego po schodach i „cheesesteaks”, czyli kanapek z posiekaną wieprzowiną i grillowanym serem. Przyjęli nas tutaj w ramach CS Stephen i Carina, para młodych niezależnych fotografów i filmowców. Filadelfia okazało się być bardzo przyjemnym miejscem, szczególnie po zatłoczonym Nowym Jorku, a słoneczna pogoda sprzyjała spacerom po pięknych zielonych esplanadach, nadrzecznej promenadzie i wspomnianych już schodach ze sławnego filmu z Sylwestrem Stallone. Jeśli chodzi o muzea, tym razem oprócz „malarskiej jazdy obowiązkowej” postawiliśmy także na takie atrakcje jak muzeum osobliwości medycznych (nie polecamy wizyty po posiłkach) czy Eastern State Penitentiary, czyli niegdyś jeden z najbardziej pionierskich i największych więzień na świecie, gdzie przebywał m.in. Al Capone. Nasi gospodarze byli tak wyluzowani i kontaktowi, a miasto tak przypadło nam do gustu, że ostatecznie postanowiliśmy zabawić tam o jeden dzień dłużej niż planowaliśmy. Tym razem pogoda się zepsuła, w deszczu musieliśmy „na krzywika” podłączyć się pod wycieczkę po Independence Hall (historyczny budynek, w którym podpisano Deklarację Niepodległości oraz Konstytucję Stanów Zjednoczonych), ale i tak byliśmy zadowoleni.
W Waszyngtonie natomiast ugościła nas Sabrina, doradca ekonomiczny senatora z Nowego Meksyku, która mieszkała niecałe 10 minut spacerem od Kapitolu. Co prawda była tak zapracowana, że nie spędziła z nami zbyt dużo czasu, jednak dała nam mnóstwo wskazówek co jest warte zobaczenia oraz załatwiła nam zwiedzanie Kongresu wraz z możliwością obserwowania z galerii obrad amerykańskiego senatu. Stolica USA zachwyciła nas trzema rzeczami: niesamowitą ilością przeróżnych zabytków i pomników, otwartymi przestrzeniami składającymi się z parków i szerokich alei oraz bardzo zrelaksowanym podjeściem do życia jej mieszkańców, co było nie lada zaskoczeniem w politycznym centrum kraju.
Ostatnim przystankiem na naszym amerykańskim szlaku była Floryda, słoneczny stan znany z pomarańczy oraz najładniejszych w USA piaszczystych plaż. Wypożyczyliśmy samochód (jest to tam tak naprawdę jedyne sensowne rozwiązanie, bo transport publiczny jest ograniczony i drogi, a autostop nie wchodzi na tutaj podobno w rachubę) i skierowaliśmy się na Key West, najbardziej wysunięty na południe punkt w USA. To w tym słynącym ze znakomitych warunków do morskich połowów przez ponad 9 lat żył i napisał wiele swoich dzieł Ernest Hemingway. Jego zamieniony na ciekawe muzeum dom stanowi jedną z największych atrakcji miasta obok zabytkowego nabrzeża i głównej ulicy z barami oraz posiadłościami w stylu kubańskim. Naszym gospodarzem był tam Rick, barman i rybak-samouk, który z racji zawodu i zamiłowania znał się na trunkach i dobrym jedzeniu, co poskutkowało kilkoma zarwanymi nocami oraz chronicznym niewyspaniem. Na ostatnie 4 dni przyjechaliśmy do Miami, miasta wtłoczonego pomiędzy szerokie plaże z jednej strony oraz bagna z aligatorami po drugiej. Sajan, Amerykanin indyjskiego pochodzenia, przyjął nas tam w swoim eleganckim apartamencie na 18. piętrze z widokiem na inne drapacze chmur. Czas upłynął nam tutaj na odwiedzaniu kilku okolicznych plaż (m.in. South Miami Beach czy Key Biscane), dzielnicy kubańskiej Little Havana oraz wspomnianych mokradeł z dzikimi lokatorami. Nas gospodarz poczęstował nas smaczną kolacją a w piątkowy wieczór pokazał co to znaczy dobrze się bawić nocą w Miami.
W poniedziałkowy ranek wsiedliśmy do samolotu i wysiedliśmy w stolicy Meksyku, czym rozpoczęliśmy latynoski etap naszej podróż i gdzie także trafiliśmy na świetną parę gospodarzy, Alejandrę i Ivana. Na koniec wypada więc tylko zawołać: „Hola, Mexico!” i radzić każdemu z Was, aby zaczął korzystać z Couchsurfingu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *