Sri Lanka, czyli przemierzając morze herbaty

Ayubowan! Welcome to Sri Lanka!
Przez 10 dni przemierzaliśmy tę piękną wyspę, zwaną kiedyś Cejlonem, która słynie z największych na świecie plantacji herbaty rozłożonych malowniczo na soczystozielonych wzgórzach, pikantnego rice & curry oraz jednych z najpiękniejszych plaż na świecie. Wycieczka ta zdecydowanie różniła się od naszej wcześniejszej podróży pod dwoma względami. Po pierwsze, dołączyła do nas Ani mama, nasza przyjaciółka Kasia oraz jej mama, więc stanowiliśmy dość sporą grupę o zdecydowanie kobiecym zabarwieniu. Po drugie, korzystaliśmy z usług poleconego przez naszego kolegę kierowcy, który obwoził nas po wyspie zapewniając nocleg- przeważnie o dużo wyższym standardzie niż przez poprzednie cztery i pół miesiąca. No cóż, każdemu w życiu należy się od czasu do czasu odrobina luksusu. A więc po kolei.

My z Anią wylądowaliśmy w Colombo już 12. stycznia i spędziliśmy półtora dnia relaksując się na plaży w Negombo, spokojnej miejscowości rybackiej z garstką eksluzywnych hoteli w turystycznej dzielnicy, czekając na przylot reszty ekipy. Brak tłumów i hałasu riksz na ulicy oraz prawie kompletnie opustoszała plaża bez hoteli ciągnących się wzdłuż niej zadziałały na nas naprawdę kojąco po prawie półtoramiesięcznym pobycie w Indiach. Chociaż z drugiej strony dość wygórowane ceny (szczególnie w restauracjach) były dla nas niemiłym zaskoczeniem. Wieczorem kolejnego dnia odebraliśmy dziewczyny z lotniska i po wieczorku zapoznawczym oraz noclegu w naszej eksluzywnej rezydencji ruszyliśmy w trasę.
Pierwszą atrakcją była przejażdżka na oklep na słoniach (na drewnianej lektyce już nam się zdarzyło z Anią jechać w Nepalu) połączony z prysznicem w wodzię wytryskiwanej z ich trąb. Następnym przystankiem był największy na świecie sieroniec słoni w Pinnawali, który wzbudza spore kontrowersje wśród odwiedzających: część uważa je za pożyteczne oraz niezwykle urocze miejsce, a inni wskazują, że ośrodek dawno zatracił swoją misję rozmnażając słonie i stał się stricte komercyjną atrakcją turystyczną. Nie nam osądzać kto ma rację, ale widok kilkudziesięciu słoni pędzących do rzeki a następnie biorących długą kąpiel stanowił dla nas niezwykle radosny i niepowtarzalny widok.
Kolejnego dnia zwiedzaliśmy w potwornym upale ruiny Polonnaruwy, starożytnej stolicy imperium z wielkimi posągami Buddy wykutymi w skale, po czym wspieliśmy się na Sigriyę, czyli Lwią Skałę (jak tłumaczy się to z syngaleskiego), która monumentalnie wznosi się samotnie wysoko ponad otaczającą ją dżunglę, a na jej szczycie można podziwiać nie mniej imponujący kompleks królewskich budynków (m.in. basen, w którym rzekomo kąpieli zażywały kobiety z wielu zakątków świata podziwiane przez króla). Na zakończenie wizyty w północnej części wyspy obejrzeliśmy jaskinie skalne w wykutymi posągami Buddy w Dambulli oraz ogród z ziołami i przyprawami używanymi w tradycyjnej miejscowej medycynie zwanej (podobnie jak w Indiach) Ayurveda, który był szczególnie interesujący dla Ani mamy ze względu na jej specjalizację naukową.
Kandy, zwana kulturalną stolicą Sri Lanki, malowniczo położona nad jeziorem oraz mogąca pochwalić się najświętszym miejscem na wyspie- Świątynią Zęba Buddy, stanowiła kolejny punkt naszej wyprawy. Gdy zwiedziliśmy niezwykle mistycznie nastrajającą światynię, obejrzeliśmy przedstawienie z miejscowymi tańcami ludowymi, a Kasia z Anią zakupiły upragnione sari wyruszyliśmy w najpiękniejszy, naszym zdaniem, region kraju, zwany Krainą Wzgórz (ang. Hill Country). Wyjątkowo przesiedliśmy się na kolej, której trasa wiodła najpierw wśrod pól ryżowych, a potem niekończących się plantacji herbaty położonych na wzgórzach. Gdy wysiedliśmy z pociągu, nasz kierowca nas odebrał (z lekkim opóźnieniem co prawda) i zawiózł w kierunku Góry Adama (2054 m n.p.m), święty szczyt zarówno miejscowych buddystów jak i chrześcijan, którzy wierzą- w zależności od wyznania- że odciśnięty jest na nim ślad pierwszego kroku Adam na ziemi lub ostatni Buddy. Na górę wyruszyliśmy przed drugą w nocy, aby w tłumie pielgrzymów obejrzeć na jej wierzchołku wschód słońca po stosunkowo wyczerpującej wspinaczce po ponad pięciu tysiącach schodów. Kolejnym przystankiem były wodospady w Ramboda, z których jeden spadał tuż obok naszego hotelu stanowiąc piękne tło do posiłków a potok ochodzący z drugiego stwarzał dobre miejsce do kąpieli. Kolejnego dnia mieliśmy okazję poznać zasady działania fabryki czarnej herbaty (zielona jest wytwarzana w inny sposób, a biała z zupełnie innego gatunku), dziewczyny porobiły sobie zdjęcia w sari przy zrywaniu herbaty z miejscowymi dzieciakami, a na koniec czekała nas degustacja i zakupy herbaty. Popołudniu zajechaliśmy do Nuwara Elya, typowo kolonialnego miasteczka założonego przez Anglików z czerwonymi budkami telefonicznymi i wiktoriańskim budynkiem poczty, gdzie dziewczyny urządziły sobie dziki shopping na lokalnym targu, a gdy dołączyły do mnie w pobliskim parku skierowaliśmy się w stronę Jeziora Grzegorza, malowniczo położonego wśród wzgórz okrytych mgłą.
Następny dzień rozpoczęliśmy od Ravana Ella Falls, najwyższego wodospadu Sri Lanki, w którym oprócz dwójki Lankijczyków byliśmy jedynymi kąpiącymi się turystami- może coś wspólnego z tym faktem miały gęsto rozstawione znaki przestrzegające przed kąpielą, mimo iż w naszym przewodniku była ona opisana jak coś powszechnego. Popołudnie spędziliśmy w miejscowości Ella zdobywając Mały Szczyt Adama, z którego roztaczał się przepiękny widok na niespotykanie soczystą zieleń (zgodnie stwierdziliśmy, że w życiu nie widzieliśmy czegoś podobnego) pokrywającą okoliczne doliny, wąwozy i góry, a następnie bacznie obserwując Most Dziewięciu Łuków, w oczekiwaniu na nadjeżdżający pociąg, który (jak się później okazało z powodu niedawnej lawiny błotnej) w ogóle na most nie dotarł. Nazajutrz czekała nas nie lada gratka- safari jeepem po Parku Narodowym Yala. Kiedy zobaczyliśmy dziko żyjące słonie, bawoły wodne, krokodyla i różnorakie kolorowe ptaki byliśmy zadowoleni, ale nadal w głębi serca liczyliśmy na główną okoliczną atrakcję- lamparta. Gdy już mieliśmy opuszczać park nasz kierowca dostał najwyraźniej sygnał od kolegi i na złamanie karku udał się w miejsce, gdzie z pewnej odległości dostrzegliśmy cętkowaną bestię wylegującą się na konarze drzewa. Z rana ruszyliśmy w kierunku upragnionego (szczególnie przez obie mamy i Kasię) oceanu i po obejrzeniu naturalnej fontanny z morską wodą powstałej w klifie dotarliśmy do Mirissy, niezwykle odprężającego kurortu, gdzie spaliśmy w pokoju z widokiem na morze i palmami przechodzącymi przez środek pokoju. Ostatni dzień naszej objazdówki rozpoczęliśmy wczesnym rankiem, gdy wypłynęliśmy dwupiętrową łodzią oglądać wieloryby. Kilkakrotnie mieliśmy okazję podziwiać te największe z ssaków, gdy wypływały na powierzchnię aby nabrać powietrza i w charakterystyczny sposób tryskając wodą zanurzały się ponownie. Największego szoku doznaliśmy jednak, gdy jeden z nich postanowił wynurzyć się wprost spod naszej łajby i na wyciągnięcie dłoni mieliśmy jego ogromne szare cielsko zakończone szeroką płetwą.
Ostatnie cztery dni, już po pożegnaniu z naszym kierowcą, spędziliśmy u Basi i Artura, dwójki Polaków z Koszalina, prowadzących pensjonat Surfing Villa na południowym wybrzeżu Sri Lanki. Pogoda nie dopisywała tak jak zakładaliśmy, więc zamiast ciągłego wylegiwania się na plaży skończyło się na zwiedzaniu pobliskiego, niezwykle urokliwego miasta Galle z architekturą kolonialną, zakupach pamiątek i sukienek oraz wyprawie na snorkling (dla niezorientowanych: nurkowanie z rurką i maską, bez butli z tlenem), która z powodu silnych prądów morskich nieomal nie zakończyła się tragicznie, ale na wyraźne życzenie zainteresowanych darujemy sobie szczegóły. W trakcie pobytu na wybrzeżu dołączyła do nas na dwa dni jeszcze koleżanka Marta z rodzicami, co zaowocowało dwoma wieczorami w miłym gronie i jedną szaloną imprezą w pobliskim kurorcie.
We wtorek nastał niestety moment rozstania i dziewczyny wyruszyły w dwudniowy powrót do kraju (odwiedzając po drodze Abu Dhabi, Belgrad, Budapeszt i Berlin), a my polecieliśmy do Indonezji z nocnym przystankiem w Kuala Lumpur. Stolica Malezji, mimo nocnych pustek na ulicach, nadal imponowała sławnymi wieżowcami Petronas Towers oraz intrygowała specyfiką etnicznych dzielnic Little India i Chinatown.
Sumatra, największa wyspa Indonezji przywitała nas nieprzyjemnym hałasem i niemiłosiernym skwarem miasta Medan, z którego po odespaniu podróży uciekliśmy w głuszę dżungli w Bukit Lawang. Po dwóch dniach odpoczynku, kąpieli w krystalicznie czystej rzece i zwiedzaniu Jaskini Nietoperzy za chwilę wyruszamy na dwudniowy trekking po lesie tropikalnym w poszukiwaniu ornagutanów. Bez odbioru!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *