Road trip in Canada

Długo nas tu nie było- ponad miesiąc minął odkąd wylądowaliśmy w Kanadzie i zamieściliśmy nasz poprzedni wpis- ale jak za chwilę sami zobaczycie mieliśmy tak napięty plan zajęć, że nie mieliśmy czasu usiąść i spisać naszych przygód. Nasz pobyt w kraju syropu klonowego, hokeja i Justina Biebera rozpoczął się (nie wliczając krótkiego przystanku w przepięknym Vancouver) od świąt wielkanocnych spędzonych u Ani siostry Bogny, jej męża Maria i syna Antka. Wreszcie po wielu miesiącach przemieszczania się z miejsca na miejsce mieliśmy swój pokój i łóżko, a nasze rzeczy mogliśmy wyprać i rozpakować z plecaków do prawdziwych szaf- nawet nie wiecie jak bardzo nam tego brakowało, szczególnie po ostatnich kilku tygodniach spędzonych na podróżowaniu autostopem i spaniu pod namiotem w Nowej Zelandii.

Nie mniej ważny był oczywiście rodzinny i tradycyjny wymiar Wielkanocy: było swięcenie potraw (oprócz naszego były tylko dwa inne koszyki ze święconką, z czego jeden to torba z supermarketu z indykiem w środku), wielkanocna msza w polskim kościele i oczywiście suto zastawiony stół. Nie zabrakło na nim niczego: znalazło się tam 8 rodzajów kiełbas, sałatka warzywna, jajka z majonezem, bigos a nawet butelka Wyborowej. Pewnie się zastanawiacie dlaczego się tak rozpływamy nad czymś, co jest normą w Polsce, ale wierzcie nam, że dla nas po 7 miesiącach w drodze było to coś naprawdę niezwykłego. Gdy skończyło się świąteczne obżarstwo ruszyliśmy na zwiedzanie Port Colborne, lężącego nad jeziorem Erie (pokrytym lodem, co jest wyjątkowe o tej porze roku), imponującego kanału Wellandzkiego łaczącego za pomocą 8 śluz jezioro Erie z jeziorem Ontario oraz oczywiście sławnego wodospadu Niagara i pobliskiej miejscowości Niagara-on-the-Lake, pierwszej stolicy Górnej Kanady z polskim cmentarzem wojskowym. Pogoda niezbyt nam dopisywała, deszcz padał na zmianę ze śniegiem, ale byliśmy nieustraszeni. Po 10 dniach, wypoczęci, najedzeni i w czystych ubraniach ruszyliśmy z Mariem, Ani szwagrem, na 3-tygodniowy „roadtrip” po najważniejszych miastach Kanady znajdujących się zarówno w anglojęzycznym Ontario jak i francuskojęzycznym Quebecu. Pierwszym przystankiem była Ottawa, gdzie Antek studiuje antropologię. Przywitała nas tam nareszcie wspaniała wiosenna pogoda- pełne słońce i temperatura dochodząca do 23 stopni- co zaowocowało gromandym świętowaniem tego faktu przez studentów i innych mieszkańców miasta w parkach, ogródkach barowych i werandach domów. Innych atrakcji- jak na stolicę państwa przystało- także było co niemiara: obejrzeliśmy balet „Alicja w Krainie Czarów” w mistrzowskim wykoniu i z niesamowitymi efektami specjalnymi, zwiedziliśmy kanadyjski parlament, Kanadyjskie Muzeum Historii opowiadające historię pierwotnych mieszkańców kontynentu, Galerię Narodową z bogatymi zbiorami sztuki kanadyjskiej i europejskiej, wzięliśmy udział w uniwersyteckiej dyskusji o książce z pograniczna antropologii i medycyny, a pewnego wieczoru Antek zaprosił swoich przyjaciół na smaczną kolację i wino. Kolejnym punktem była wizyta u Pierre’a, najlepszego przyjaciela Maria, i jego żony Carmelle, co oznaczało początek naszego pobytu w Quebecu. Tutaj zostaliśmy podjęci wyśmienitymi lokalnymi potrawami, serami i winem (co, jak miało się okazać, było jednym z letimotivów naszej wycieczki), odwiedziliśmy Château Montebello, wspaniały i znany na cały kraj hotel zbudowany w latach 30-tych w całości z wielkich drewnianych bali, ale największą frajdę sprawiła nam wizyta w Parc Omega, ogromnym leśnym wybiegu dla dzikich zwięrząt (m.in. renifery, niedźwiedzie, jelenie, wapiti, lisy i wilki polarne), które w większości można karmić marchewkami poprzez uchylone okna samochodu (strasznie nam obśliniły szyby), a niektóre nawet prosto z ręki. Pierre i Carmelle byli wspaniałymi gospodarzami, ale po dwóch dniach wsiedliśmy ponownie w samochód i zatrzymaliśmy się na południowych przedmieściach Montrealu, gdzie odwiedziliśmy Maria rodziców oraz brata z żoną. Znowu czekała na nas uczta, wino i ser, jak również pokaźny zbiór antyków (Serge, brat Maria, jest poważanym kolekcjonerem) oraz konwersacje w dużej części po francusku, które ja starałem się śledzić, a Ania wychwytywała pojedyncze wyrazy. Kolejnego dnia wyruszyliśmy w dalszą drogę wzdłuż rzeki św. Wawrzyńca na północ Qebecu, zatrzymując się po drodze na noc w mieście Trois-Rivières oraz odwiedzając kilka sanktuariów, m.in. imponującą bazylikę św. Anny w Sainte-Anne-de-Beaupré. Naszym celem było Charlevoix, region obfitujący w spektakularne krajobrazy składające się z gór, fiordów, przylądków i zatok. Pierre i Aline, przyjaciele Bogny i Maria, mieszkają tam w domu położonym na wzgórzu z którego roztacza się niesamowity widok na bardzo rozległą w tym miejscu rzekę oraz przeciwległy brzeg. Czas upłynął nam tutaj na słuchaniu muzyki klasycznej i jazzu, spożywaniu- po raz kolejny- wyśmienitego wina i serów, a także na odwiedzaniu pobliskiej wyspy L’Isle-aux-Coudres oraz miasteczka Baie-Sant-Paul, siedzibie wielu artystów z całej Kanady i ich galerii. Pierre jest zapalonym i cenionym ceramikiem, więc pokazał nam także swoją okazałą kolekcję rzeźb z porcelany oraz zaprezentował proces ich wypalania i malowania. Następne na naszej liście było miasto Quebec, stolica prowincji oraz jedno z najstarszych miast w całej Ameryce Północnej. Tutaj mogliśmy na chwilę poczuć się jak w Europie spacerując wąskimi uliczkami wzdłuż kamieniczek, kościołów różnych wyznań i murów obronnych (jedyne takie na kontynencie na północ od Meksyku). Pogoda znowu nam nie sprzyjała- przez cały czas siąpił deszcz, wiał mroźny wiatr, a nawet padał śnieg, ale i tak zachwyciliśmy się tym miejscem. Pewien wpływ na to miało na pewno położenie naszego hostelu w samym centrum Starego Quebecu oraz zorganizowany przez obsługę schroniska “pub tour”, który pokazał nam nocne życie miasta oczami lokalnych mieszkańców. Z Quebecu powróciliśmy do Montrealu, gdzie spotkaliśmy się z Ramoną, dobrą przyjaciółką Bogny i Maria, która zabrała nas na wyśmienitą kolację do irańskiej restauracji. Nazajutrz z rana nastał moment rozstania z Mariem- on musiał zająć się przeprowadzką swojej mamy, a my zostaliśmy ugoszczeni przez kuzyna Ani, Andrzeja oraz jego żonę Mary i ich córkę Katrinę z chłopakiem. Tutaj także zostaliśmy podjęci po królewsku, ale tym razem w bardziej anglosaskim niż francuskim stylu. Zaczęło się od pysznejj kolacji z grillowanym mięsem, sałatką truskawkową i piwem, a przez następne dni poznaliśmy gastronomię Montrealu od podszewki: zjedliśmy kanapki z wędzonym mięsem w sławnej restauracji prowadzonej przez żydowską rodzinę od lat 20-tych, wypiliśmy Gibeau Orange Julep- sok pomarańczowy wymieszany z kurzym białkiem (i Bóg wie czym jeszcze), a ukoronowaniem była wizyta w “cabane à sucre“, tradycyjnej wytwórni syropu klonowego położonej w środku lasu, gdzie objedliśmy się chyba za wszystkie czasy (na marginesie: od przyjazdu do Kanadu odzyskałem już 5 kg z dwunastu straconych po wędrówce w Nepalu). Nie samym jedzeniem żyje Montreal, więc zwiedziliśmy także tamtejszy uniwersytet, przepiękną katedrę Notre Dame (to tutaj wyszła za mąż Celine Dion), górujące nam miastem Oratorium św. Józefa oraz punkt widokowy, gdzie Ania wreszcie spotkała się twarzą w twarz z grzebiącym w śmietniku szopem praczem, o czym marzyła od samego przyjazdu do Kanady. Mieliśmy także okazję podziwiać Montreal nocą z pięknie podświetlonymi budynkami, a ostatniego dnia Andrzej i Mary zabrali nas do Mont-Tremblant, kurortu narciarskiego, który okazał się być dość opustoszały po sezonie, ale nie przeszkodziło nam zajadać się bawarskimi kiełbaskami i lokalnym przysmakiem o nazwie Beaver Tail (czyli po naszemu „ogon bobra”, jest to słodki placek, który z mięsem nie ma nic wspólnego), którego smak podczas swojej wizyty w Kanadzie docenił także Barack Obama. Gdy przyszedł czas pożegnania wsiedliśmy w autobus i po raz trzeci pojawiliśmy się u Antka w Ottawie, który tym razem zorganizował „domówkę” dla znajomych z okazji końca roku akademickiego oraz swojej wyprowadzki z mieszkania. Na nasz występ spuścimy zasłonę milczenia, bo albo się odzwyczailiśmy od takich imprez albo- co gorsze- może już jesteśmy na nie za starzy. Kolejnego dnia pomogliśmy Antkowi w przeprowadzce (jak to mówią: „na kaca najlepsza ciężka praca”), a nazajutrz skorzystaliśmy z carpoolingu i znaleźliśmy się w Toronto- największym mieście Kanady oraz najbardziej wieloetnicznym mieście świata wg rankingu ONZ. Już sam nasz nocleg w Chinatown okazał się bardzo interesujący (początkowo zupełny brak obsługi, magiczny telefon sam wybierający numer i chiński właściciel mówiący łamaną angielszczyzną), a potem było już tylko ciekawiej. Toronto ze swoimi niezliczonymi drapaczami chmur, restauracjami z każdego zakątka świata i bardzo hipsterskimi mieszkańcami oraz lokalami bardziej przypomina Nowy Jork niż inne miasta kanadyjskie. Miasto to może się pochwalić także Distillery District, dzielnicą gorzelni słynącą z najlepiej zachowanych wiktoriańskich obiektów przemysłowych na kontynencie, natomiast Art Gallery of Ontario, największa galeria sztuki w Ameryce Północnej, zachwyciła nas m.in. wystawą czarnego króla pop-artu Basquiata (to akurat bardziej mnie niż Anię), obrazami Emilly Carr przedstawiającymi motywy kultury indiańskiej czy kolekcją zdjęć z łódzkiego getta. Tydzień temu wróciliśmy autobusem do Bogny do Port Colborne i od tego czasu przygotowujemy się do kolejnej części naszej podróży, tym razem wzdłuż USA, Meksyku, Ameryki Środkowej i docelowo Ameryki Południowej. Myśleliśmy, że pójdzie nam to jak z płatka, ale organizowanie przejazdów, noclegów, pranie plecaków, śpiwora itp. okazało się na tyle czasochłonne, że nie pozwala nam prawie na chwilę wytchnienia. W każdym razie w poniedziałek ruszamy do Stanów: zaczynamy od Buffalo, a potem czas na Boston, Nowy Jork, Filadelfię, Waszyngton i kończymy w Miami na Florydzie. Do usłyszenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *