Poznań-Warszawa-Ryga, czyli w mieście muzyki i Art Nouveau

Wyruszyliśmy! Miesiące przygotowań, wielokrotnie omawiany plan podróży, trasa przedstawiana rodzinie i znajomym tak wiele razy, że zaczyna przypominać melodię katarynki lecącą z własnych ust i tracić początkowy smak niesamowitej przygody. I wreszcie nadchodzi ten dzień, który tyle razy przekładany zaczynał być powoli nierealny.

Siedzimy w autobusie, ostatnie pożegnania, uściski i łzy za nami. Zaczynamy czuć dreszcz podniecenia połączony z lekkim lękiem. Półtora roku?! Dopiero teraz z pełną świadomością zaczyna docierać do nas myśl, że to nie są kolejne wakacje, z których wrócimy za tydzień albo dwa. Aby przestać o tym myśleć postanawiamy włączyć film w super systemie wideo autobusu. Po chwili niestety orientujemy się, że worek z potrzebnymi do tego słuchawkami został w mieszkaniu siostry w Warszawie. Po chwili dyskusji przez telefon i prób wykoncypowania jak najlepszsgo wyjścia z sytuacji (pogoń za autobusem, wysłanie paczki do Moskwy) w końcu odkładamy problem na jutro i sen wkrótce bierze górę.

Litwa wita nas nad ranem mgłą i deszczem. Przesiadka w Wilnie oznacza stanie prawie godzinę w siąpiącym deszczu w dziesięć osób pod wiatą, która z trudem może pomieścić pięć.

Franek: -Czujesz się jak w wymarzonej podróży poślubnej?

Ania: -Pełną gębą! Zobaczysz, w Rydze będzie słońce, sama zamawiałam.

Nadjeżdża upragniony autobus i swoim standardem z nawiązką rekompensuje nam wcześniejsze niedogodności. Już poprzedni zaskoczył nas wygodnymi skórzanymi siedzeniami i wspomnianym systemem wideo wbudowanym w siedzenia, ale ten oferuje fotele lepsze niż w niejednej lotniczej klasie biznes oraz darmową kawą i gorącą czekoladą z ekspresu. Po smacznym śniadaniu z mamczynych kanapek znów zasypiamy.

Ryga budzi nas błękitnym niebem i widokami rzeki za oknem.

Ania: -A nie mówiłam?

Dreptamy do hostelu obładowani plecakami z przodu i z tyłu niczym wielbłądy. Prysznic, szybka regenerująca drzemka i ruszamy zwiedzać. Zaczynamy od tarasu widokowego z wieży kościoła św. Piotra: stare miasto pod nami, obok szeroka Dołga przecinająca miasto, na południu odpowiednik naszego Pałacu Kultury a po drugiej stronie szerokie zielone esplanady i dzielnica Art Nouveau. Panorama wspaniała, ale Ania zaczyna panikować z powodu wysokości i z utęsknieniem czeka na nadjeżdzającą windę. Ruszamy z mapą oglądać kolejne zabytki, parki i przykłady architektury- nie będziemy się rozpisywać o każdym z osobna, gdyż mija się to z celem tego bloga. Nas Ryga urzekła z dwóch powodów: wszechobecnej muzyki i wspomnianej już architektury Art Nouveau (zainteresowanych tematem odsyłamy na Wikipedię).

Muzykę słychać w Rydze dosłownie wszędzie. Na tarasie widokowym słyszymy śpiewający w oddali chór. Na głównym placu miasta rywalizują ze sobą chór studencki (świętujący prawdopodobnie początek roku akademickiego) i zespół bluesowy grający na ogródku restauracji powodując wręcz lekką kakafonię. Na kolejnym placu na ustawionej pośrodku scenie miejscowy Krzysiek Krawczyk śpiewa przeboje Elvisa. Potem trafiamy na kolejną scenę z lokalnym zespołem rockowym i paradę studentów ze żwawo przygrywającą orkiestrą dętą. Taka obfitość koncertów wyjaśnia się dopiero gdy zauważamy plakat przypominający, że w 2014 Ryga jest Europejską Stolicą Kultury. Wieczór kończymy siedząc na ziemi, ziemi, pijąc piwo ze słoików w jednym z ciasnych podwórek starego miasta i słuchając koncertów młodych zespołówon rockowych i folkowych przed Tims Mints, alternatywną knajpą, której szyld głosi „Social Cafe”. W drodze do hostelu mijamy jeszcze taras wykwintnej restauracji, na którym młody pianista gra na fortepianie i czujemy się jak w filmie Woody’ego Allena.

Następnego dnia postanawiamy dołączyć do jednego z darmowych spacerów po mieście z lokalnym przewodnikiem. Okazuje się nim studentka historii sztuki, która płynną angielszczyzną ze swadą opowiada historię Rygi i jej kolejnych odsłon. Trasa pokrywa się w dużej  mierze z wczorajszą, ale dopiero teraz poznajemy ciekawostki i opowieści związane z budynkami, do których poprzedniego dnia nie przywiązywaliśmy większej wagi. Pogoda dopisuje jeszcze bardziej niż wczoraj, więc 2,5 godziny mija jak z bicza strzelił. Szybki obiad w restauracji samoobsługowej z lokalnym z jedzeniem i czas wracać do hostelu pakować się na pociąg do Moskwy.

W drodze na pociąg postanawiamy zahaczyć o supermarket, żeby zrobić zakupy na podróż. Na dworzec wkraczamy na 10 minut przed odjazdem pociągu, szukamy peronu i zadowoleni pokazujemy nasze wydrukowane bilety elektroniczne zakupione przez internet. Konduktorka wpuszczająca ludzi do naszego wagonu mówi, że nie ma nas na liście i musimy wymienić bilety w kasie na tradycyjne.

-Ale przecież za 5 minut odjeżdżamy!!

-Nic nie poradzę.

Widać, że dyskusja jest bezcelowa, więc zapada szybka decyzja: Ania zostaje z bagażami a ja biegnę na dworzec. Podbiegam do pierwszej kasy, wbijając się na początek kilkunastoosobowej kolejki, rozpłaszczam bilet na szybie i krzyczę, że podobno muszę go wymienić. Pani kiwa głową i mówi łamaną angielszczyzną, że owszem, ale tylko w kasie międzynarodowej, czyli po schodach na piętro, potem w prawo, dalej prosto… Nie dosłuchałem do końca tylko sprintem gnam przed siebie klnąc pod nosem. Na piętrze znowu wpadam pod samą szybę przy pierwszej napotkanej kasie. Pani po drugiej stronie patrzy na zegarek i zaczyna stukać w klawiaturę z prędkością karabinu maszynowego, wkłada bilet do drukarki a dla mnie każda sekunda wydaje się wiecznością. Już chce wyrwać jej bilet z ręki, ale ona macha palcem i wstukuje drugi bilet! Wreszczie z oboma kwitkami w ręce wpadam na peron, gdzie Ania właśnie kończy odmawiać kolejną zdrowaśkę patrząc na przeskakujące wskazówki dworcowego zegara. Wsiadamy do pociągu (ja totalnie zlany potem) i już jesteśmy w drodze do Moskwy. Ale o tym w następnym odcinku…

2 komentarzy na temat “Poznań-Warszawa-Ryga, czyli w mieście muzyki i Art Nouveau

  • 3 września 2014 at 11:12

    no pieknie:) jakos latwo mi jest to wszystko sobie wyobrazi zwlaszcza gonitwe po dworcu:)

    Odpowiedz
    • 6 października 2014 at 05:28

      Sam nie raz byłeś świadkiem albo wręcz bohaterem takich sytuacji, więc wcale nas to nie dziwi 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *