Panama i Kolumbia, czyli z metropolii w dżunglę i (na szczęście) z powrotem

Panama i Kolumbia. Dwa kraje sąsiadujące ze sobą, stanowiące kiedyś jeden (historia podobna do tej polsko-litewskiej), ale teraz kojarzone z zupełnie różnymi rzeczami: ten pierwszy oczywiście ze sławnym kanałem łączącym Atlantyk z Pacyfikiem, a ten drugi, jeszcze do niedawna największy producent kokainy na świecie- głównie z wojnami karteli narkotykowych oraz ich największym bossem, Pablo Escobarem, a teraz przyciągający i zachwycający turystów z całego świata. Dla nas osobiście pobyt w tych państwach oznaczał pożegnanie z przygodami w Ameryce Środkowej i przybycie do Ameryki Południowej, ostatniego (no może przedostatniego, ale nie zapeszajmy) kontynentu jaki odwiedzimy przed powrotem do Europy.

Zaczęło się od jednego z ciekawszych przejść granicznych, jakich było nam dane pokonać. Już po stronie kostarykańskiej zdziwił nas fakt, że podatek wyjazdowy należy opłacić w punkcie sprzedającym doładowania do telefonów i dzielącym budynek ze sklepem spożywczym. Samą granicę stanowił wąski most pieszo-samochodowy przerzucony nad rozległą Rio Sixaola i będący następcą swojego zabytkowego żelaznego poprzednika wiszącego obok. Na moście panował ruch jak na deptaku, spacerowały po nim dzieci w szkolnych mundurkach, młodzież z wędkami albo rowerami czy mężczyźni objuczeni towarami na sprzedaż. Po panamskiej stronie nie było żadnego szlabanu ani oznaczeń, więc nie bardzo wiedzieliśmy gdzię się udać. Ktoś nas skierował do niskiego betonowego budynku, podeszliśmy do wolnego okienka, gdzie mrukliwy i gburowaty pan wbił nam przez pomyłkę stempel wyjazdowy z Panamy (okazało się, że w zależności od kierunku należy się udać do różnych stanowisk) co mocno wyprowadziło go z równowagi. Pogryzmolił nam w paszportach, oddał je prychając i poszliśmy dalej. Za chwilę zaczął za nami wołać jakiś jegomość twierdząc, że w kolejnej budce musimy uiścić podatek wjazdowy do kraju. Po krótkiej dyskusji zapłaciliśmy, a pomocny pan okazał się, o dziwo, naganiaczem na turystyczne minibusy jadące bezpośrednio do nadmorskiego portu, do którego zmierzaliśmy. Stwierdziliśmy zgodnie, że jest to rozwiązanie- jak to mawia nasz kolega Leszek- dla „grubych białasów” i wsiedliśmy do lokalnego „chickenbusa”, za którymi zdążyliśmy się już stęsknić w Kostaryce.
Po przesiadce i przejeździe kolejnym autobusem przyszedł czas na „taksówkę wodną”, czyli motorówkę przewożącą pasażerów na Bocas del Toro, archipelag tropikalnych wysepek na Morzu Karaibskim stanowiący jedną z największych atrakcji turystycznych Panamy i ulubione miejsce wypoczynku jej mieszkańców. W drodze na wyspy dotarły do nas smutne wieści z Polski, więc nastrój mieliśmy minorowy, a do tego przez dwa dni z krótkimi przerwami padał ulewny deszcz. Jednego popołudnia wybraliśmy się na plażę znaną z ogromnych ilości rozgwiazd, ale nazajutrz znowu się rozpadało i stwierdziliśmy, że jedziemy do miasta Panamy, stolicy kraju, dzień wcześniej niż planowaliśmy. Bilety na bezpośrednie połączenia nocne były wyprzedane, więc czekała nas przesiadka w David, drugim pod względem wielkości mieście w kraju, a że był niedzielny wieczór oznaczało to godzinne oczekiwanie w kilkudziesięciometrowej kolejce do kasy.
O świcie zajechaliśmy do Panamy i od razu zrozumieliśmy dlaczego jest ona określana jako najbardziej kosmopolityczne miasto Ameryki Środkowej. Zintegrowany terminal transportowy, z którego odjeżdżają autobusy zarówno blisko- oraz dalekobieżne i który stanowi początkową stację ultranowoczesnego metra, a za wszystko to płaci się za pomocą jednej karty magnetycznej. W tle majaczyły dziesiątki drapaczy chmur- pierwsze, które widzieliśmy od czasu, gdy opuściliśmy Meksyk.
Na nocleg wybraliśmy Casco Viejo, bardzo specyficzną dzielnicę pełną odrestaurowanych kolonialnych kamienic. Ich bogaci mieszkańcy porzucili je na początku XX w., okolica zamieniła się w slumsy i dopiero od dwóch dekad stała się najbardziej elegancką- a zarazem urokliwą- częścią miasta wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Casco Viejo jest położone na skalnym półwyspie otoczonym grubymi murami obronnymi co sprawia, że bardzo przypomina on chorwacki Dubrownik. Po nasyceniu oczu cudami architektury kolonialnej wyruszyliśmy obejrzeć ten z dziedziny inżynierii wodnej, czyli Kanał Panamski. Najkrótsze połączenie Pacyfiku z Atlantykiem rzeczywiście imponuje sprawnością obsługiwania gigantycznych kontenerowców i tankowców oraz technologią śluz do tego używanych, ale jako, że widzieliśmy podobny mechanizm kilkakrotnie na Kanale Welandzkim łączącym jeziora Erie i Ontario w Kanadzie nie zrobiło to nas aż tak wielkiego wrażenia jak za pierwszym razem. Kolejnym naszym celem był Park Narodowy Metropolitano, kawałek tropikalnej dżungli położony- jak sama nazwa wskazuje- w granicach miasta. Z najwyższego wzgórza parku roztaczała się spektakularna panorama miasta, a w szczególności wysokościowców stojących dumnie nad brzegiem oceanu. I to właśnie finansowe serce miasta było naszym ostatnim celem trzeciego dnia pobytu. Spacer po promenadzie o zachodzie słońca z wieżowcami w tle, mijając dziesiątki biegaczy i luksusowych jachtów zacumowanych w marinie sprawił, że ostatecznie urzekło nas to miasto i dopisaliśmy je do listy miejsc, w których moglibyśmy kiedyś mieszkać przez pewien czas. Wieczór zakończyliśmy koktajlem i ceviche (peruwiańska sałatka z marynowanej ryby) z krewetek i ośmiornicy na miejskim targu rybnym na wybrzeżu. Następnego dnia siedzieliśmy już w samolocie do Medellin- długo analizowaliśmy wszystkie opcje dotarcia z Panamy do Kolumbii, gdyż przejazd przez przesmyk Darien jest niemożliwy (jest to najbardziej malaryczna dżungla na świecie kontrolowana przez partyzantów i przemytników narkotyków) i przelot okazał się dużo tańszą opcją niż rejs promem czy żaglówką.
Kolumbia i jej mieszkańcy przywitała nas z otwartymi ramionami. Już od samego lotniska przekonaliśmy się, że prawdą jest to o czym opowiadali nam znajomi, którzy odwiedzili ten kraj wcześniej: Kolubijczycy są naprawdę kontaktowi, przyjaźni i pomocni. Z pomocą kilku z nich trafiliśmy autobusem i metrem (jedynym w kraju) do przyjemnego i dość imprezowego hostelu z basenem położonego w typowo turystycznej dzielnicy miasta.
Nazajutrz wybraliśmy się do Guatapé, położonego niedaleko od Medellin ogromnego zalewu poprzecinanego wyspami i otoczonego wzgórzami, którego główną atrakcją jest ogromna dwustumetrowa skała. Gdy wspięliśmy się na jej szczyt po ponad siedmiuset schodach naszym oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych widoków jakie widzieliśmy w życiu: smaragdowa toń wody, czerwień gliny na nabrzeżach, zieleń lasów porastających wyspy i błękit nieba. Gdy zeszliśmy ze skały wybraliśmy się na wycieczkę motorówką po zalewie w towarzystwie niezwykle wesołej i żywiołowej kolumbijskiej rodziny i mieliśmy okazję zobaczyć m.in. ruiny posiadłości Pablo Escobara, pod którą podłożono bombę.
Kolejnego dnia przyszedł czas na zwiedzanie Medellin, w ramach darmowego spaceru z miejscowym przewodnikiem. Miasto, które ze względu na ilość zabójstw i zamachów bombowych jeszcze w 2003 roku było uznawane za najniebezpieczniejsze na świecie, od pewnego czasu gwałtownie zmienia swe oblicze i staje się magnesem dla turystów. Najjaskrwaszym przykładem zmian są chyba nowoczesne miejskie kolejki górskie, które dowożą mieszkańców ubogich dzielnic położonych na wzgórzach do stacji wspomnianego wcześniej metra- nigdzie na świecie nie widzieliśmy ani słyszeliśmy o czymś podobnym. I to właśnie przejażdżką kolejką oraz podziwianiem panoramy miasta zakończyliśmy zwiedzanie, a wieczór spędziliśmy na piwie z poznanym wcześniej rodzeństwem Niemców.
Po bardzo krótkim śnie i ekspresowym pakowaniu znaleźliśmy się w samolocie do Cartgeny (bilet niskobudżetowych linii lotniczych okazał się tańszy niż autobus), perły kolonialnej architektury położonej nad Morzem Karaibskim. Miasto zachwyciło nas swoimi brukowanymi uliczkami, strzelistymi katedrami i okazałymi posiadłościami tworzącymi zawiły i piękny labirynt. Jedyny mankament stanowił klimat tam panujący: takiego połączenia niemiłosiernego upału z ogromną wilgotnością powietrza nie doświadczyliśmy chyba nigdzie poza gęstymi lasami tropikalnymi. W tych warunkach wyjście z klimatyzowanego pokoju oznaczało natychmiastowe oblanie potem, ale uroda miasta w pełni wynagradzała te niedogodności.
Kolejnym przystankiem na naszej trasie była Santa Marta, brzydsza kuzynka Cartageny, która stanowiła dla nas punkt wypadowy do Parku Narodowego Tayrona. O tej połaci dżungli położonej pomiędzy pasmem górskim Sierra Nevada Morzem Karaibskim słyszeliśmy i czytaliśmy same superlatywy, więc nasze oczekiwania były bardzo wysokie. Chyba właśnie dlatego przez większość pierwszego dnia byliśmy mocno rozczarowani. Zaczęło się od długiego spaceru przez dżunglę, która miała kipieć zielenią a w rzeczywistości była wypłowiała od długotrwałej suszy. Kolejne plaże, które odwiedzaliśmy też nie rzucały na kolana. Jednak gdy późnym popołudniem dotarliśmy do celu, czyli Cabo San Juan de la Guia zrozumieliśmy skąd wzięły się wcześniej słyszane zachwyty. Dwie bajeczne plaże w kształcie księżycy z białym piaskiem i palmami, zakończone kamienistym pagórkiem z chatką krytą słomą na szczycie. Raj! Jeśli chodzi o nocleg w grę wchodziły tylko hamaki i namioty, przy czym pierwsze się wyprzedały, więc wybraliśmy drugą opcję i poczuliśmy się jak na polu namiotowym nad polskim morzem (czytaj: namioty upchnięte jak sardynki i trzy prysznice na cały kemping). Następnego dnia wylegiwaliśmy się na plaży pod palmą, poznaliśmy parę bardzo miłych Francuzów, którzy pożyczyli nam rurki i maski do snorklingu (obejrzeliśmy chmary kolorowych rybek) i postanowiliśmy zostać dzień dłużej niż planowaliśmy.
Po półtoradniowej sielance przyszedł czas powrotu. Nie chcieliśmy powtarzać tej samej trasy, a poza tym planowaliśmy odwiedzić pobliskie ruiny indiańskiej wioski El Pueblito, więc wyruszliśmy z rana dużo mniej uczęszczenym szlakiem w odwrotnym kierunku niż większość piechurów. Przewodnik Lonely Planet opisywał to jako krótką dwugodzinną wycieczkę i gdy po pierwszych 40 minutach zobaczyliśmy znak półmetka witaliśmy się już z gąską. Jednak gdy po następnych 40 minutach nie ujrzeliśmy nic, a szlak zaczął się zwężać aż praktycznie zniknął trochę zwątpiliśmy. Ania chciała wracać, ale ja stwierdziłem, że to na pewno dobra droga, tylko po prostu mało uczęszczana (mea culpa!). No i wtedy zaczęły się atrakcje. Gdy zdecydowaliśmy się na odwrót, z powodu gęstych lian i wielkich skał, które nas otaczały nie byliśmy już w stanie stwierdzić skąd przyszliśmy, więc po godzinie kręcenia się w kółko postanowiliśmy iść na przełaj. Najpierw wybraliśmy trasę przez las, ale gdy byliśmy cali podrapani do krwi od różnych kolców i pogryzieni przez mrówki zmieniliśmy trasę na skały. Skakanie pomiędzy kilkumetrowymi głazami i spuszczanie się za ręcę w dół też nam dało się we znaki. Gdy wybiły cztery godziny od zgubienia szlaku i ze dwie odkąd skończyła nam się woda zaczęło się robić niewesoło i zaczęliśmy myśleć o wezwaniu pomocy. Krzyki i gwizdy nic nie dały, a komórki nie miały zasięgu więc zrezygnowani ruszyliśmy dalej powoli przyjmując do wiadomości, że może przyjdzie nam tu spędzić noc. Nie mogliśmy się nadziwić jak to się stało, że przez 23 dni trekkingu w Himlajach nigdy nie zgubiliśmy szlaku, a tutaj w trakcie dwugodzinnego spaceru znaleźliśmy się w matni. Wreszcie po piątej godzinie zupełnie niespodziewanie wylądowaliśmy na szlaku i to dokładnie w miejscu, gdzie ostatni raz widzieliśmy plakietkę z oznaczeniem trasy. Wyczerpani i odwodnieni, ale szczęśliwi dowlekliśmy się do kempingu, wypiliśmy hektolitry wody z kranu z tabletkami oczyszczającymi (na zakup mineralnej już nam zabrakło pieniędzy) i przeszliśmy kolejne kilka godzin do wyjścia z parku. Gdy tam dotarliśmy czekała nas ostatnia przeszkoda: nie stać nas było na autobus, łapanie stopa nam nie szło, ale ostatecznie zlitowała się nad nami para Włochów i pożyczyła nam pieniądze na powrót. Już w Santa Marta po zjedzeniu kolacji (pierwszy posiłek od rana) wybraliśmy się na świetny koncert do kubańskiej knajpy- zabrzmi to może banalnie, ale wierzcie nam, że po takich przeżyciach człowiek naprawdę cieszy się z małych rzeczy i jest wdzięczny za te, które na codzień bierze za oczywistość. (Krótki epilog do tej historii: po fakcie dowiedzieliśmy się, że w parku Tayrona żyją jaguary, które polują po zmierzchu, więc spędzenie tam nocy byłoby średnim pomysłem.)
Wrażeń mieliśmy na jakiś czas dość więc kolejny dzień spędziliśmy w pobliskiej Tagandze wylegując się na leżaku na plaży, na którą dostaliśmy się motorówką. Wieczorem wyruszyliśmy w nocną podróż na południe, ale wcześniej na terminalu autobusowym spotkała nas kolejna przygoda. Gdy jedliśmy kolację w dworcowym barze nagle zrobiło się niesamowite zamieszanie, ludzie z wrzaskiem zaczęli kogoś gonić i nagle pojawiło się pełno policji. Okazało się (tak w każdym razie zrozumieliśmy), że kierowca autobusu wdał się w kłótnię z pasażerami, doszło do rękoczynów i krewki kierowca wyrzucił jednego ze swoich adwersarzy na chodnik, co tamten przypłacił utratą przytomności a może nawet uszkodzeniem (niektórzy twierdzili, że złamaniem) kręgosłupa. Kierowcę, który skrył się w biurze eskortowała policja chroniąc go przed linczem i odprowadzły go okrzyki „morderca!”. Oczywiście okazało się, że to miał być kierowca naszego autokaru, co oznaczało zmianę biletów i dwugodzinne oczekiwanie.
Do San Gil, zwanego kolumbijską stolicą sportów ekstremalnych, zajechaliśmy rankiem. Po dłuższej drzemce oraz prysznicu wyruszyliśmy na zwiedzanie parku El Gallineral, w którym prawie dwa tysiące drzew jest pokrytych długimi srebrzystymi wąsami mchu zwanych „barbas de viejo” (z hiszp. broda starca), przez co tworzy krajobraz podobny do lasu elfów z „Władcy pierścieni”. Nazajutrz wybraliśmy się do położonego nieopodal kolonialnego miasteczka Barichara, uznawanego za najładniejsze w całym kraju. Rzeczywiście widoki nas nie zawiodły, a spacer średniowiecznym duktem do pobliskiej wsi Guane był bardzo przyjemny.
Nazajutrz przyszedł czas na gwóźdź programu, czyli rafting (dla niezorientowanych: spływ pontonem) po rwącej Rio Suarez, której wartki nurt osiąga poziom piąty w sześciostopniowej skali światowej (poziom 6 nadaje się tylko dla kajaków). Niestety Anię z rana znowu dopadły problemy żołądkowe i ostatecznie pojechałem sam, a dokładnie ze Szwajcarem, którego poznaliśmy w Nikaragui i jego znajomym Holendrem. W sześcioosobowym zespole usiadłem w pierwszym rzędzie, więc zastrzyk adrenaliny miałem potężny: momentami ponton przepływając kolejny przełom zdawał się spadać wprost w ścianę wezbranej wody, która uderzała mnie prosto w twarz. Gorąco polecam!
Wieczorem, gdy Ania poczuła się już lepiej wybraliśmy się na tradycyjną kolumbijską grę w tejo, która polega na rzucaniu kamiennym dyskiem z dużej odległości do kwadratu z gliną- celem jest trafienie w mały metalowy okrąg, na którym położone są trójkątne koperty z prochem wybuchające przy trafieniu. Frajdy było mnóstwo, mimo, że początkowo rzadko kto w ogóle trafiał w gliniane pole.
Następnym przystankiem była stolica kraju, Bogota. Podjął nas tutaj po królewsku Szymon, brat naszej koleżanki Agnieszki z Warszawy, oraz jego kolumbijska żona Catalina. Teściowie Szymona należą do ludzi majętnych, więc spędziliśmy dwie noce w apartamencie w wieżowcu na wzgórzu z widokiem na całą Bogotę, a na kolację zajadaliśmy się serowym fondue. Szymon znalazł czas żeby nas odebrać z dworca, zawieźć nazajutrz do centrum i zabrać wieczorem z Cataliną na piwo, za co (oraz gościnę oczywiście) z tego miejsca chcieliśmy im jeszcze raz gorąco podziękować! Sama Bogota bardzo przypadła nam do gustu za sprawą trzech rzeczy: niezwykle ciekawego i bogatego w zbiory Muzeum Złota (najlepsze muzeum od czasu Muzeum Antropologicznego w Meksyku), urokliwej kolonialnej starówki oraz gór wyrastających z dwóch stron miasta.
Z Bogoty udaliśmy się na pustynię Tatacoa, która może się pochwalić ognistoczerwonymi i szarymi klifami o falujących kształtach urozmaiconych licznymi kaktusami. Cisza i bezkres nas otoczający był przyjemną odmianą po niemiłosiernie zatłoczonej Bogocie. Ostatnim przystankiem w naszej podróży po Kolumbii był San Agustin, najważniejszy obiekt archeologiczny w kraju, gdzie odnaleziono ponad 500 kamiennych posągów stworzonych przez zaginioną cywilizację prekolumbijską. Do dziś nie wiadomo kogo one przedstawiają (bogów, ludzi czy szamanów) i dlaczego kultura, która je stworzyła nagle zniknęła koło X wieku. Poza tym San Agustin jest położony na jednej z kordylier tworzących kanion Rio Magdalena, przez co okolica obfituje w spektakularne krajobrazy soczystozielonych wzgórz i głębokich wąwozów. Do tego hostel, w którym się zatrzymaliśmy należał do jednych z najlepszych jakie odwiedziliśmy: świetny wystrój, bardzo pomocny i rozmowny gospodarz oraz kucharz serwujący dania rodem z wykwintnej restauracji.
Z San Augustin mieliśmy się już „tylko” udać na granicę z Ekwadorem, ale i tutaj czekała nas niespodzianka. Trasie, którą wybraliśmy (alternatywą było jechanie odcinkiem Panamericany napadanym czasem przez bandytów lub partyzantów) nadano wdzięczne miano „Trampoliny Śmierci” (hiszp. El Trampolin de la Muerte) i stało się tak nie bez kozery. Wąska nieasfaltowana droga pnie się zyzgakiem w górę i w pewnym momencie wiedzie nad 400-metrowym urwiskiem. Miejsca, na mijanie są ograniczone, więc czasem, gdy nadjeżdżała ciężarówka z naprzeciwka kierowca naszego minibusa musiał manewrować na wstecznym. Kierowca najwyraźniej był także niespełnionym rajdowcem, przez co ciśnienie kilkakrotnie podskoczyło nam na granicę zawału. Na szczęście zajechaliśmy bezpiecznie za co mieliśmy okazję podziękować w nadgranicznym sanktuarium maryjnym położonym w kanionie rzeki.
Od wczoraj znajdujemy się już w Ekwadorze i dzisiaj po raz drugi w czasie naszej wyprawy znaleźliśmy się na południowej półkuli, gdzie jest ju dużo zimniej i z każdej strony wyłaniają się pierwsze odnogi Andów. Ale o tym już w następnym odcinku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *