Od zachwytu do rozpaczy, czyli indyjski rollercoaster

Za nami dopiero 10 dni w Indiach, a już wydarzyło się tyle, że trudno to opisać w jednym krótkim wpisie. Kraj ten w tak krótkim czasie pokazał nam (o czym słyszeliśmy i czytaliśmy już wielokrotnie wcześniej, ale zupełnie co innego słyszeć, a co innego doświadczyć tego na własnej skórze), że tutaj granica pomiędzy bezbrzeżnym zachwytem i dnem rozpaczy jest niezwykle cienka, a te dwa stany mogą dzielić zaledwie godziny. Ale po kolei.

W Waranasi spędziliśmy ostatecznie jeden dzień dłużej niż planowaliśmy, gdyż nie załapaliśmy się na pociąg z listy oczekujących. Pozwoliło nam to oprócz podziwiania wschodu słońca z łódki na Gangesie wybrać się do Sarnath (zwanego Parkiem Jeleni), jednego z czterech najświętszych dla buddystów miejsc, gdzie Budda wygłosił swoje pierwsze kazanie, oraz na wycieczkę motorówką z grupą pielgrzymów po Gangesie wzdłuż kolorowych nabrzeży do pobliskiego fortu maharadży. Szczególnie to drugie przeżycie, gdy rozjaśniło się niebo nad Waranasi a słońce oświetlało kolorowe ghaty (kamienne schody schodzące do rzeki) na których kwitnie codzienne życie pozwoliło nam spojrzeć na to miasto zdecydowanie bardziej przychylnie.
Naszym następnym przystankiem była Agra ze swoim pięknym i imponującym fortem oraz, oczywiście, największym klejnotem architektonicznym i magnesem turystycznym Indii- Taj Mahal. Naprawdę trudno opisać jakie wrażenie robi doskonale symetryczna marmurowa bryła mauzoleum wyłaniająca się o świcie z porannej mgły i odbijająca się w podłużnym stawie- była to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie widzieliśmy w naszym życiu. Już kilka godzin później w nieznośnym upale zwiedzaliśmy kolejny średniowieczny fort, Fatehpur Sikri, gdzie różnej maści sprzedawcy, nagabywacze i agresywnie żebrzące dzieci wyprowadziły nas mocno z równowagi. Na domiar złego rozochoceni dobrą tolerancją na indyjskie jedzenie spożyliśmy smażony makaron z warzywami z przydrożnej budki, który okazał się być surowym wyrokiem na nasze żołądki na kilka nadchodzących dni.
Rozpoczęta tego wieczoru podróż koleją do Jaisalmeru, pustynnego miasta w Radżastanie przy granicy z Pakistanem, okazała się prawdziwą epopeją. Od samego wyjazdu czuliśmy się niezwykle podle- takiego zatrucia pokarmowego nie życzylibyśmy nawet najgorszemu wrogowi. Nasz pierwszy pociąg spóźnił się ponad dwie godziny, a ten na który mieliśmy się przesiąść jak na złość okazał się pierwszym w Indiach, który odjechał o czasie. Oznaczało to siedzenie na peronie w środku nocy wraz z bezdomnymi psami, szczurami i śpiącymi na ziemi Hindusami oraz dwukrotną przesiadkę co łącznie dało ok. 24h w podróży, przy czym oprócz problemów żołądkowych w pociągu nocnym zmarzliśmy niemiłosiernie z powodu przeciągu. Zajechaliśmy na miejsce na wpół żywi i zgodnie stwierdziliśmy, że była to najgorsza doba od kiedy opuściliśmy Polskę.
Jaisalmer, majestatyczny fort zbudowany na środku pustyni wraz z przylegającym do niego miasteczkiem okazały się niezwykle urokliwe. Największą atrakcją była jednak wycieczka na wielbłądach i noc spędzona pod gwiazdami na pustyni Thar (znanej także jako Marusthali, czyli „ziemia umarłych”). Oprócz towarzyszącego nam młodego Francuza, Felixa, oraz dwóch lokalnych przewodników wokół nie było nikogo, co jak na Indie jest naprawdę niespotykane, a śpiewanie po kolei indyjskich, francuskich i polskich piosenek przy ognisku wprowadziło wręcz rodzinny nastrój.
Następnie udaliśmy się do Jodhpuru z kolejnym ogromnym fortem i pałacem maharadży, za którego wystrój i malowidła ścienne był odpowiedzialny- ku naszemu zdziwieniu- polski artysta, Stefan Norblin. Dzisiaj rano zajechaliśmy wyjątkowo wygodnym autokarem z kuszetkami (podwójne łóżka w zamkniętej kabinie stanowiły dla nas pewne novum) do Udajpuru, reklamującego się jako „Wenecja Indii” i najbardziej romantyczne miasto na subkontynencie. Pojutrze wyruszamy natomiast wieczorem do Bombaju, gdzie na święta Bożego Narodzenia i Sylwestra dołącza do nas Marcin, brat Ani.
Nawiasem mówąc po drodze spotkaliśmy kolejnych Polaków, m.in. Patryka, którego blog z podróży możecie sprawdzić na www.fandango.xpedia.pl, oraz dwie miłe pary napotkane w Jaisalmerze. A propos internetu to chcielibyśmy gorąco Wam podziękować za już ponad 500 polubień naszego fanpage’a i mamy nadzieję, że Was nie zanudzamy!
Ps. Obiecane pocztówki weselne wysyłamy regularnie, więc odbiorcy tych z Nepalu powinni sprawdzać swoje skrzynki na bieżąco.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *