Nowa Zelandia, czyli w krainie Maorysów, hobbitów i kiwi-nielotów

No i stało się: dotarliśmy na koniec świata! Nowa Zelandia- już sama nazwa kraju działa na wyobraźnię i przywodzi na myśl dziecięce podróże palcem po globusie. Lecz gdy do tego spostrzegasz w komórce, że Auckland jest ostatnim miastem na liście stref czasowych (12 godzin różnicy w stosunku do Polski), a komputerowa mapa nie chce się przesuwać dalej na wschód, musisz wręcz poczuć przyjemny dreszcz ekscytacji!
Zanim jednak tydzień temu wylądowaliśmy w kraju Maorysów, hobbitów i kiwi-nielotów spędziliśmy ostatnie 6 dni w Australii, które były tak naładowane atrakcjami, że chcielibyśmy je chociaż pokrótce opisać.

Ostatni weekend w krainie koali i kangurów rozpoczęliśmy od dnia spędzonego z Wiktorią (współlokatorką Izy i Tomka, którzy nas gościli) na plaży opalając się, oglądając zawody pucharu świata w surfingu i słuchając m.in. koncertu perkusisty Foo Fighters (reszta grupy, choć przebywała w Gold Coast, się niestety nie pojawiła). Wieczorem zjedliśmy już wszyscy w piątkę wyśmienitą kolację składającą się z krewetek zakupionych rano prosto od rybaków i świetnego rieslinga, a śmiechu przy tym było co nie miara (patrz: zdjęcie poniżej). W sobotni poranek wyruszyliśmy z Izą i Tomkiem na dwudniowy biwak do Byron Bay, najdalej na wschód wysuniętego punktu kontynentalnej Australii. Po drodze zboczyliśmy do Nimbin, sławnej na cały kraj osady hippisów, gdzie młodzi i starzy długowłosi zachwalają zalety medycyny naturalnej, medytacji i alternatywnych stanów świadomości. Gdy zajechaliśmy do Byron Bay rozbiliśmy namiot i po krótkim acz intensywym biforze ruszyliśmy w miasto. Kolacja w pizzerii, zachód słońca na plaży i rajd po klubach zakończyliśmy przed północą, gdy młodsza obsada kampingu dopiero wychodziła, więc zgodnie w czwórkę stwierdziliśmy, że się starzejemy. Niedzielę spędziliśmy na plaży, gdzie Tedzik uczył Anię i mnie surfować (zasłużyliśmy nawet na małe pochwały, a Tomek należy raczej do dość wymagających trenerów), natomiast Iza czytała książkę i się opalała. Wieczór minął na rozmowach do późna i oglądaniu filmu o Jimmym Hendrixie w jednym łóżku, a poniedziałek na ostatnich zakupach i pakowaniu. We wtorkowy poranek nadszedł czas pożegnania z Izą, Tomkiem, Wiktorią, ich przytulnym mieszkaniem, w którym czuliśmy się przez ten tydzień jak w domu, oraz pięknymi plażami Gold Coast, które na długo zapadły nam w pamięć. (Z tego miejsca jeszcze raz chcieliśmy gorąco podziękować naszym gospodarzom i ich współlokatorce za super tydzień!) Po dwóch godzinach wylądowaliśmy w Sydney, które urzekło nas do tego stopnia, że Ania zaczęła już kombinować jak by tu przyjechać na rok, dwa popracować. Charakterystyczną panoramę miasta od strony zatoki ze sławnym budynkiem opery, żelaznym mostem, palmami oraz drapaczami chmur widział chyba każdy choć raz w telewizji lub na zdjęciach. Wierzcie nam: na żywo prezentuje się to jeszcze lepiej! Nocowaliśmy w Manley, podmiejskim kurorcie po drugiej stronie zatoki, więc mogliśmy podziwiać ten wspaniały miejski krajobraz zarówno wieczorem jak i w pełnym słońcu. (Tutaj za to wielkie podziękowania dla Janka i jego kuzyna Paula za zorganizowanie darmowego noclegu w Sydney- kosztują one tam naprawdę słono!). W środowy wieczór ze sporym żalem opuszczaliśmy Australię i zdecydowaliśmy, że bezspornie musimy tam kiedyś wrócić- najlepiej na kilka miesięcy, podczas których objedziemy jeepem cały kraj!
Po kilkugodzinnym locie liniami Air New Zealand (gdzie nawet początkowy film o zasadach bezpieczeństwa nagrany był z udziałem elfów i hobbitów) na lotnisku w Auckland odebrała nas o północy moja kuzynka Weronika, z którą nie widzieliśmy się od kilku lat. Tak się złożyło, że w tym samym czasie odwiedziła ją Marta, koleżanka z Polski ze swoim chłopakiem Mariem z Chorwacji, ale Weronika mimo wszystko postanowiła nas podjąć po królewsku i w nadmiarze gościnności oddała nam swoją sypialnię. Następny dzień spędziliśmy na poszukiwaniach i zakupie namiotu (który służy nam dzielnie) oraz „zabawki”, na którą polowaliśmy od dawna, czyli kamery GoPro (mamy nadzieję, że już wkrótce zobaczycie pierwsze efekty tej inwestycji). Na lunch umówiliśmy się z Weroniką i postanowiliśmy spróbować nowozelandzkiego steka z wołowiny, a wieczorem do poźna rozmawialiśmy w piątkę przy piwie.
Z racji bardzo wygórowanych cen noclegów i transportu w Nowej Zelandii (jeszcze wyższych niż w Australii) postanowiliśmy spać na kampingach lub w tanich hostelach, a podróżować autostopem. Początki były trudne. Gdy w piątek popołudniu nadszedł moment wyjazdu z Auckland i wsiedliśmy w autobus na rogatki miasta, okazało się, że jedzie on okrężną drogą a z powodu weekendowych korków zajęło nam to równe dwie godziny. Zaczęliśmy późno, ale ledwo wyszliśmy na autostradę z profesjonalnie przygotowaną kartką z miastem docelowym, a już zatrzymał się pierwszy dobroczyńca. Na raty, w czterech odcinkach dotarliśmy już po zmroku do Rotorui- nie będziemy tu opisywać każdego kierowcy z osobna, ale warto wspomnieć np. o rodzince hippisów opowiadających o UFO latających w okolicy. Nasz pierwszy przystanek- Rotorua to miejsce znane z powodu pobliskich wulkanów, wszechobecnych ciepłych źrodeł o zapachu siarki, gejzerów i maoryskich wiosek. My załapaliśmy się na te dwie ostatnie atrakcje- jako że dwóch pierwszych mieliśmy już pod dostatkiem w innych krajach- i szczególnie przypadły nam do gustu tradycyjne tańce Maorysów (w tym sławna „haka” wykonywana przez nowozelandzką drużynę rugby przed każdym meczem) oraz opowieści o historii i teraźniejszości ich kultury.
Następnym punktem na naszej trasie było jezioro Taupo, w którego okolicach mieliśmy przejść Tangariro Alpine Crossing- trasę górskę uznawaną za jedną z najbardziej malowniczych w kraju. Pani z hostelu ostrzegła nas jednak, że z powodu nadciągającego znad Pacyfiku cyklonu szlak może zostać lada dzień zamknięty dla turystów. Postanowiliśmy więc jak najszybciej ewakuować się na Wyspę Południową (stanowiącą większą część Nowej Zelandii), którą cyklon miał ominąć. Mimo początkowych wątpliwości Ani czy uda nam się w jeden dzień pokonać prawie 400 kilometrów stopem i złapać ostatni prom z Wellington, dokonaliśmy tego błyskawicznie dzięki Antonhy’emu, młodemu marketingiwcowi w lśniącym Audi, z którym przez kilka godzin złapaliśmy tak dobry kontakt, że na koniec wymieniliśmy się uściskami, numerami telefonów i umówiliśmy się na kolację w Auckland po naszym powrocie. Następnego dnia znaleźliśmy się w Kaikourze- nadmorskim miasteczku słynącym z dużej populacji fok, pingwinów, delfinów i wielorybów, malowniczych i surowych klifów oraz obfitych połowów langusty (niemiłosiernie droga, więc nie napiszemy czy smaczna). Podczas czteregodzinnego spaceru po klifach zachwyciliśmy się surowością tamtejszych krajobrazów i zaczęliśmy rozumieć dlaczego Nowa Zelandia przyciąga jak magnes turystów z całego świata.
Wczoraj z rana w drodze do Christchurch już nie musieliśmy łapać stopa, gdyż David, Chińczyk mieszkający w Auckland, który podwiózł nas dnia poprzedniego do Kaikoury jechał w tym samym kierunku i zapowiedział, że zgarnie nas ponownie z rana. Poczuliśmy się jak byśmy mieli wynajętą prywatną limuzynę, gdy podjechał eleganckim minivanem pod nasz hostel i zawiózł pod adres kolejnego noclegu w oddalonym o 200 kilometrów Christchurch. Oprócz pięknych ogrodów botanicznych i ciekawego muzeum jest to bardzo przygnębiające miejsce, gdyż zdecydowana większość centrum miasta została zrujnowana w wielkim trzęsieniu ziemi w lutym 2011 roku, w którym zginęło 185 osób. Do dzisiaj na ulicach straszą gdzieniegdzie ruiny starych kamienic i uszkodzone wieżowce, a w wielu miejscach goła ziemia po rozbiórce jest ogrodzona parkanem lub została zamieniona w parkingi.
Wieczór upłynął w zgoła odmiennym nastroju, gdyż spędzieliśmy go celebrując dzień św. Patryka w irlandzkim pubie z Andym (chłopakiem Weroniki pochodzącym z Kostaryki, który jako inżynier specjalizujący się w zabezpieczaniu budynków przed trzęsieniami ziemi jest zatrudniony przy odbudowie miasta) oraz jego międzynarodowym towarzystwem z pracy. Dzisiaj po ciężkim poranku dotarliśmy nad Jezioro Tekapo i widoki, jakie tu zastaliśmy odebrały nam mowę. Szmargodowa toń wody odbija w sobie wypłowiałe wzgórza pokryte wyschniętym buszem, a w oddali dumnie prężą się ośnieżone szczyty, w tym Mt Cook- najwyższa góra Nowej Zelandii. Ponadto miejsce to ze względu na niespotykaną przejrzystość powietrza zostało uznane za jeden z pięciu na świecie tzw. Międzynarodowych Rezerwatów Ciemnego Nieba (ang. International Dark Sky Reserve), więc za chwilę ruszamy z Anią pogapić się w gwiazdy. Problem tylko w tym, że potem trzeba pójść do namiotu, a temperatura zbliża się do zera. Pomyślcie o nas ciepło!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *