Nikaragua, czyli surfing, plaże i szalony zjazd z wulkanu

Nikaragua. Większość ludzi, gdy słyszy nazwę tego kraju myśli o wojnie domowej, partyzantach i skandalach z udziałem CIA. Przyznam szczerze, że gdy kupowaliśmy bilety powrotne z Kuby też zastanawialiśmy się czy nie lecieć prosto do Kostaryki i zaoszczędzić trochę czasu oraz ewentualnych kłopotów pomijając Nikaraguę. Na naszej drodze spotkaliśmy jednak kilku podróżników, którzy odwiedzili ten kraj wcześniej i każdy z nich mówił to samo: musicie tam pojechać! Posłuchaliśmy tej rady (nie da się ukryć, że wpływ na to miały tańsze bilety do Nikaragui niż Kostaryki) i na pewno tego nie żałujemy.

Po przylocie mieliśmy tylko mgliście nakreślony plan naszego pobytu, przy czym jako pierwszy przystanek wybraliśmy miasto León na północy kraju. Już na lotnisku w stolicy kraju Managui spotkaliśmy dwie młode Brytyjki, które także zmierzały w tamtym kierunku, więc najpierw wsiedliśmy do jednej taksówki, potem minibusa a na koniec postanowiliśmy nocować w tym samym hostelu. Po trzech tygodniach spędzonych na Kubie i spaniu w rodzinnych pensjonatach („casas particulares”) byliśmy spragnieni kontaktu z innymi podróżnikami (lub backpackersami czy turystami- jak kto woli) i nie przeszkadzało nam, że w przewodniku hostel był opisany jako „bardzo imprezowy”. Już pierwsza noc pokazała nam jak to wygląda w praktyce- mówiąc dość oględnie jeśli ktoś chciał zasnąć przed północą mógł o tym zapomnieć. Nie ma się więc co dziwić, że następnego dnia, gdy oddaliśmy brudne pranie i zabraliśmy się za zwiedzanie miasta okazało się, że główne muzeum sztuki niedługo zamykają.
Kolejnego dnia postanowiliśmy sprawdzić to, o czym wszyscy- zarówno goście jak i obsługa- dyskutowali lub opowiadali w naszym hostelu: „volcano boarding”, czyli zjazd z wulkanu na desce będącej skrzyżowaniem sanek ze sznurkiem i snowboardu. Najpierw czekał nas dojazd na miejsce półotwartą ciężarówką okładaną na trasie gałęziami, potem dość forsowne podejście do krateru, następnie podziwianie widoków ze szczytu i wreszcie nadszedł czas na gwóźdź programu, czyli sam zjazd. W ramach ochrony zostaliśmy wyposażeni w gogle i jednoczęściowe pomarańczowe kombinezony, niczym z amerykańskiego więzienia, jednak wizja zjazdu 500 metrów po stromym stoku (nachylenie sięgało 45 stopni) pokrytym ostrymi grudkami wulkanicznego żużlu przedstawiała się dość przerażająco. Po kilku pierwszych śmiałkach nadeszła nasza kolej. Gdy ruszyliśmy okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują, gdyż prędkość można regulować odchylając się w przód lub w tył, a ostatecznością jest hamowanie podeszwami butów. Jedyny problem stanowiły grudki żużlu uderzejące w twarz z dość dużą siłą przy większym pędzie. Na końcu trasy stał jeden z organizatorów i mierzył szybkość każdego zjeżdżającego: mi udało się osiągnąć 56 km/h, Ania miała niestety błąd w pomiarze, bo obok zjeżdżała inna osoba osoba, a rekordzista z naszej grupy osiągnął zawrotną prędkość 75 km/h, ale przypłacił to bolesnym upadkiem na końcu. Umorusani na twarzach jak górnicy w doskonałych humorach wróciliśmy do hostelu, gdzie powitano nas mojito. My postanowiliśmy udać się do muzeum, ktore poprzedniego dnia nam zamknięto przed nosem (bardzo ciekawy zbiór malarstwa z rejonu Ameryki Centralnej plus kilka dzieł Picassa i innych europejskich mistrzów), ale część grupy pod przewodnictwem Australijczyków rozpoczęła imprezę od godziny 15, więc gdy wrócilismy zastaliśmy ich już mocno rozradowanych. Wspólne wspomnienia zjazdów i zabawa przyciągnęła sie do tak późnych godzin nocnych, ze poranek nie należał do najprzyjemniejszych i cieszyliśmy się, że wyjeżdżamy z León w totalnie inne otoczenie.
Następnym przystankiem była bowiem prawie bezludna wyspa, na którą samo dotarcie stanowiło nie lada atrakcję. Najpierw dojechaliśmy minibusem na plażę, skąd małą motorówką przepłynęliśmy rzekę, a następnie zostaliśmy zawiezieni małą furmanką konną pod drzwi hostelu. Miejsce to, nazwane Surfing Turtle Lodge z powodu prowadzonej tam wylęgarni żółwi, jest jedynym ośrodkiem na sporej wyspie zamieszkałej tylko przez kilka lokalnych rodzin i leży przy kilkukilometrowej, totalnie pustej plaży. Gdy do tego dodamy hamaki, pokoje z widokiem na Pacyfik (nawet te wieloosobowe, w których spaliśmy) oraz rozrywki takie jak surfing, siatkówka plażowa czy ognisko na plaży co wieczór to otrzymamy jedno z najbardziej relaksujących miejsc jakie odwiedziliśmy w ciągu całej naszej podróży. Jedyny zgrzyt podczas naszego trzydniowego pobytu wydarzył się, gdy po kilku próbach walki z mocnymi falami na surfingu zostawiłem deskę na brzegu i kąpiąc się w kipieli zostałem wyrzucony na brzeg z takim impetem, że Kanadyjczyk stojący obok pospieszył mi z pomocą. Na szczęście skończyło się „tylko” na zdartych i krwawiących plecach.
Z plaży pojechaliśy do Granady, największego miasta na południu kraju, które zawsze konkurowało o prym z León (kiedyś ta rywalizacja przemieniła się nawet w wojnę domową pomiędzy konserwatystami z południa i liberałami z północy). Miejsce to, opisywane w przewodniku w samych superlatywach, zrobiło na nas małe- żeby nie powiedzieć żadne- wrażenie, na co złożyło się kilka czynników. Ulice ładnie wysprzątane, ale wyludnione przez większość dnia, działały na nas dość przygnębiająco. Z kilku kościołów wartych uwagi jeden był zamknięty, w innym pan obsługujący wejście na wieżę bezczelnie stwierdził, że nas nie wpuści, bo nie ma jak wydać reszty (co prawie zakończyło się kłótnią), natomiast wnętrze katedry okazało się być cieniem jej zewnętrznej okazałości. Anię kilka dni z rzędu bolał ząb, co zakończyło się wizytą u dentysty (trzecią w jej wydaniu w trakcie podróży, po ułamaniu kawałków zębów w Indonezji i Meksyku) i antybiotykami na zapalenie ósemki. Na deser okazało się, że w jednej z sal naszego hostelu wieczorami codziennie odbywają się lekcje zumby co oznaczało dwugodzinny seans dudniącej muzyki wraz z ciągłymi okrzykami: „Cambiar!” (hiszp. zmiana).
Zmęczeni i zdegustowani udaliśmy się do nieodległej Laguny de Appoyo, co było strzałem w dziesiątkę. Jest to jezioro wulkaniczne powstałe w rozległym kraterze, którego słonawa i lekko podgrzewana woda jest tak czysta, że dno widać z kilkunastu metrów. Zbiornik wraz z otoczajączmi go wzgórzami tworzącymi krater jest rezerwatem przyrody, więc oprócz kilku ośrodków nad brzegiem nie ma tam żadnej cywilizacji. Po przyjeździe wsiedliśmy w kajak należący do naszego pensjonatu, wypłynęliśmy na jezioro i poczuliśmy się jak na corocznych spływach w Polsce, tylko z bardziej tropikalną florą naokoło. Przez większość drugiego dnia padało, więc oprócz krótkiego wypadu na pływanie po jeziorze na oponach resztę czasu spędziliśmy oglądając filmy w telewizji i na komputerze (m.in. świetny polski „Rewers”), co przypominało nam spędzanie czasu przy niepogodzie na dziecięcych koloniach.
Zdecydowanie lepszą aurą przywitało nas kolejne jezioro, które odwiedziliśmy- Jezioro Nikaragua, które jest największym zbiornikiem słodowodnym w Ameryce Środkowej i w swoim ogromie przypomina raczej morze. Na wyspę Ometepe, składającą się z dwóch szpiczastych wulkanów porośniętych dżunglą i otoczonych plantacjami bananowców, dopłynęliśmy niewielkim promem, który swoim kołysaniem doprowadził niektórych współpasażerów na skraj choroby morskiej. Po dotarciu na brzeg, nie mając sprecyzowanego planu wsiedliśmy z dwoma Meksykankami, Hiszpanką i Szwajcarem do minibusa jądącego wgłąb wyspy i postanowiliśmy poszukać tam noclegu. Hostel reklamowany nam przez kierowcę okazał się pełny, a w międzyczasie zapadł zmierzch, więc skończyło się na chodzeniu po ciemku po okolicy, ale w końcu coś upolowaliśmy. W międzyczasie postanowiliśmy, że następnego dnia razem z resztą naszych towarzyszy z minibusa wejdziemy na niższy z dwóch wspomnianych wulkanów (wyższy był niestety zamknięty ze względu na jego wzmożoną aktywność). Wyprawa ta składała się z dwóch skrajnie różnych etapów: pierwsza część była spacerem w słońcu po zielonych łąkach, sadach owocowych i plantacjach bananowców, po czym weszliśmy w dżunglę spowitą chmurami i wilgocią, a trasa zamieniła się w strome podejście po niekończącym się błocie sięgającym nam niekiedy po kostki. Jak łatwo się domyślić po kilkugodzinnej wspinaczce widoków ze szczytu nie ujrzeliśmy żadnych, a obiecane jezioro w kraterze wulkanu okazało się błotnistą i cuchnącą sadzawką. Jednak najciekawsze było dopiero przed nami. Zejście przypominało zjazd na błotnej ślizgawce przy pomocy kijów i wszystkiego co wystawało z ziemi: konarów, lnian i tym podobnych. Biedne Meksykanki, które nie były przygotowane na takie warunki (jedna z nich szła w płóciennych baletkach) cały czas lądowały w błocie, ale wstawały z gracją i dziarsko maszerowały dalej udając, że nic się nie stało. Gdy doszliśmy na dół każdy bez wyjątku wyglądał jak świnia po kąpieli błotnej. Postanowiliśmy to uczcić i tak jak staliśmy całą grupą wyruszyliśmy na kolację i piwo- przy wspominaniu ze śmiechem dzisiejszych przygód, opowieściach z podróży i dyskusjach o polityce zeszło nam do późnego wieczora. Następnego dnia wypadła nasza rocznica ślubu (serdecznie dziękujemy za wszystkie życzenia!), więc postanowiliśmy to uczcić wypożyczeniem skutera i wycieczką po wyspie. Sama jazda przez lasy, łąki i wioski z widokami na oba wulkan sprawiła nam ogromną frajdę, a oprócz tego odwiedziliśmy naturalny kamienny basen sporych rozmiarów, do którego można było skakać z liny jak Tarzan oraz plażę koło rezerwatu motyli.
Ostatnim- a zarazem najdłuższym- przystankiem podczas naszej nikaraguańskiej podróży był San Juan del Sur, turystyczna miejscowość położona nad Pacyfikiem, słynąca z trzech rzeczy: pięknych okolicznych plaż, znakomitych warunków do surfingu i „Sunday Funday”, całodziennych imprez muzycznych nad kikoma basenami (tzw. pool crawl) odbywających się co niedzielę. Jako, że przyjechaliśmy tam w poniedziałek, a wyjechaliśmy w sobotę skupiliśmy na dwóch pierwszych wymienionych atrakcjach. Początkowo zastanawialiśmy się czy nie przeznaczyć pobytu tutaj na intensywny kurs hiszpańskiego, ale swierdziliśmy, że surfingu- w odróżnieniu od językòw obcych- nie można się nauczyć w sali lekcyjnej.
Już pierwszego dnia przekonaliśmy się, że rzeczywiście amatorzy surfingu na każdym poziomie zaawansowania znajdą tutaj fale dla siebie. Przypomnieliśmy sobie dość szybko czego nauczyliśmy się na Bali oraz w Australii i drugiego dnia zmieniliśmy deskę z dłuższej (tzw. longboard) dla początkujących, na trochę krótszą i bardziej skrętną. Szło nam świetnie, zabawa była przednia, ale niestety Ani pechowa passa znowu dała o sobie znać- tym razem płaszczka ogończa ugodziła ją w stopę swoim kolcem jadowym (zwierzęta te reagują podobnie jak skorpiony, gdy się na nie nadepnie). Ania twierdzi, że oprócz częściowego paraliżu nogi takiego bólu nie czuła nigdy w życiu. Mimo to następnego dnia twardo się stawiła na wodzie i pływała dalej. Po trzech dniach surfingu i jednym przeznaczonym na planowanie dalszej podróży do Kostaryki przyszedł czas na pożegnanie się z niezwykle sympatyczną grupą ludzi z różnych krajów nocujących w naszym hostelu, z którymi zdążyliśmy się zakolegować. Jednocześnie dobiegła końca nasza przygoda z Nikarauguą, którą z czystym sumieniem możemy polecić każdemu z Was na wspaniałe (i stosunkowo tanie) wakacje!
A w następnym odcinku Kostaryka, czyli o tym jak sfabrykować bilety lotnicze potrzebne na wjazd do kraju, o kolejnym surfowaniu na pięknych plażach Pacyfiku, o lasach deszczowych, o zjeżdżaniu po półtorakilometrowych linach nad dżunglą i o kolejnych odsłonach siedmiu plag egipskich Ani, czyli pogryzieniu przez robaki i poparzeniu przez meduzę. Do usłyszenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *