Moskwa, czyli w stolicy dawnego imperium

Wsiadamy w Rydze do pociągu do Moskwy i od razu rzucają się w oczy dwie rzeczy: ciasnota i inny typ ludzi niż na ryskich ulicach. Ciasnota jest spowodowana nietypowym podziałem wagonów na wąskie boksy będące odpowiednikami polskich przedziałów, z tą różnicą, że nie są one zamykane, tylko tworzą otwarty ciąg na całej długości wagonu. W takim boksie na dwóch ławkach przy stoliku siedzi naprzeciw siebie maksymalnie 6 osób, a obok, po drugiej stronie przejścia- kolejne dwie. Nad głowami wiszą składane łóżka, które nie są przydzielone do konkretnych pasażerów, ale są zajmowane na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. Jeśli chodzi zaś o pasażerów to część z nich ma typowo azjatyckie rysy.

Obok nas siedzi pani na pierwszy rzut oka wyglądająca na obywatelkę Mongolii lub Kirgistanu. Gdy wymieniamy z Anią kilka zdań na temat niejasności w numeracji miejsc sąsiadka wtrącą się w rozmowę i płynną polszczyzną rozjaśnia nasze wątpliwości. Widząc zdziwienie na naszych twarzach zaczyna opowiadać, że na początku lat 90-tych przez kilka lat handlowała w Polsce i wymienia miasta, które odwiedziła: Warszawa, Białystok, Kraków, Poznań, Gdańsk itd.- jednym słowem zjeździła cały kraj.

-A czym pani handlowała? – pytamy.

-Wszystkim! – odpowiada śmiejąc się głośno.

Okazuje się, że jest Koreanką urodzoną w Uzbekistanie, większość życia mieszkała w Rydze, obecnie wyemigrowała za pracą do Londynu, a teraz jedzie do Moskwy odwiedzić syna. Kontynuując wątek znajomości języka polskiego raczy nas taką oto dykteryjką:

-Przyszły do naszego hotelu w Londynie dwie nowe Polki do pracy i jedna do drugiej mówi pokazując na mnie: „-Długo ta kurwa będzie tu jeszcze sprzątać?”, więc się odwracam i mowię: „-Same jesteście kurwy, bo macie tu taki burdel, że muszę go po was sprzątać” – kończy Koreanka znowu śmiejąc się w głos. Do końca wieczora pani pozostaje naszym opiekunem: wypytuje ocel podróży, częstuje pysznymi pirożkami z mięsem i doradza przed którą stacją zająć miejsca leżące zanim ktoś nas uprzedzi. W końcu idziemy spać i budzimy się na przedmieściach Moskwy.

Rano stolica Rosji wita nas siąpiącym deszczem, mgłą i tłokiem na ulicach. Jako że miasto nie ma jednej stacji centralnej wysiadamy na Dworcu Ryskim, jednym z 8 głównych stacji naokoło centrum. Z bagażami na plecach długo chodzimy po mało przyjemnej okolicy w poszukiwaniu kantoru, aby zdobyć ruble potrzebne na zakup biletów na metro. W końcu okazuje się, że jedyny punkt wymiany walut w pobliżu jest nieczynny, więc kończy się na wypłacie gotówki z bankomatu. W okienku mówimy, że chcemy kupić 4 bilety jednorazowe, po czym spostrzegamy na ekranie, że można w tej cenie kupić 5 w pakiecie.

-Za późno! Mówiliście, że chcecie cztery- prycha sprzedawczyni i wydaje resztę.

Klniemy pod nosem i zjeżdżamy ruchomymi schodami na stację. Dużo się nasłuchaliśmy o przepychu i wymyślnym wystroju tutejszych stacji metra, ale dotyczy to tylko niektórych z nich (o tych potem), a większość jest szara i oświetlona jarzeniówkami.  Gdy dojeżdżamy do hostelu okazuje się on trudny do zlokalizowania, a jego standard niestety mocno odbiega od zdjęć w internecie. Po  prysznicu i krótkiej drzemce wyruszamy na zwiedzanie.

Od pierwszego momentu Moskwa przytłacza swoimi rozmiarami. Wszystko tu jest ogromne: budynki, pomniki, cerkwie i siedmiopasmowe ulice. Zaczynamy od GUM-u, nasławniejszego domu towarowego rosyjskiej stolicy. Mieszczą się w nim butiki wszystkich luksusowych marek świata takich jak Cartier i Tiffany i choć jego wystrój jest kiczowaty niektóre ekstrawaganckie elementy, jak fontanna wypełniona arbuzami, wywołują uśmiech na twarzy. Idziemy dalej na Plac Czerwony,  ale jest on przez dwa tygodnie zamknięty popołudniami z powodu festwalu piosenki żołnierskiej, co w obecnej sytuacji politycznej może wywoływać jednoznaczne skojarzenia. Przechodzimy przez plac pod sławnym teatrem Bolszoj i jako, że jest za późno na zwiedzanie Kremla, ruszamy w kierunku Arbatu. Ten sławny deptak opiewany w piosenkach mocno nas rozczarowuje- poziomem kiczu i komercjalizacji można go porównać do Krupówek.

Po obiedzie w barze samoobsługowym postanawiamy wyruszyć szlakiem najciekawszych stacji metra opisanych w przewodniku. Niektóre z nich są rzeczywiście dziełami sztuki i to niekoniecznie spod znaku socrealizmu. Na jednej stacji dominują żyrandole, sztukaterie i wymyślne płaskorzeźby, na innej prezentuje się w różnych pozach prawie stu przodowników pracy odlanych z brązu a jeszcze inna jest cała wyłożona marmurem ze zniszczonego soboru. Złowrogiej wymowy nabiera stacja Kijowskaja, na której wiele obrazów na ścianach przedstawia przyłączenie Ukrainy do matiuszki Rosji za czasów ZSRR.

Wracając do hostelu słyszymy odgłosy końcówki żołnierskich defilad, a znalezienie baru opisanego w przewodniku okazuje się ponad nasze siły. Inne bary znajdujące się w okolicy naszego hostelu odstraszają wysokimi cenami, a w ramach polityki antyalkoholowej po godzinie 23 nie można kupić w sklepie nawet piwa.

Rano postanawiamy wykorzystać patent sprawdzony w Rydze, czyli darmowy spacer z lokalnym przewodnikiem, ale albo potrzebne są wcześniejsze zapisy albo spacer wyruszył co do minuty, bo kilka minut po godznie startu nikogo w wyznaczonym miejscu nie ma. Lekko zawiedzeni i jeszcze nie do końca rozbudzeni postanawiamy cofnąć się do hostelu po zapomniany przewodnik, aby po chwili wstąpić na kawę do jednej z sieci popularnych rosyjskich kawiarni i zamieścić na blogu wpis przygotowany dzień wcześniej. Następnie ruszamy ponownie zwiedzać Plac Czerwony i Kreml. Tym razem nam się udaje, chociaż nie do końca, ponieważ okazuje się, że mauzoleum Lenina jest czynne tylko w godzinach porannych. Oglądamy za to na pokazy wyczynowej jazdy konnej i azjatyckich zespołów ludowych.

Czekając w kolejce po bilety na Kreml poznajemy parę Polaków: Justynę i Leszka z Kielc, którzy mają podobny plan do nas na przejazd Koleją Transsyberyjską i pobyt nad Bajkałem, jednak wyruszają z Moskwy dzień po nas. Podczas wspólnego zwiedzania dzielą się z nami swoimi dośwadczeniami i radami wyniesionymi z podróży po Azji i Ameryce Południowej. Na koniec umawiamy się na wspólny trekking nad Bajkałem i każdy rusza w swoją stronę. Jeśli chodzi zaś o sam Kreml to mnie osobiście zaskoczyło (Ania jako była studentka wschodoznawstwa doskonale o tym wiedziała) z jednej strony nagromadzenie i różnorodność architektoniczna znajdujących się tam soborów (5 udostępnionych dla turystów), a z drugiej- brak jakiejkolwiek możliwości zwiedzania części prezydenckiej. Po opuszczeniu murów Kremla ruszamy śladami Michaiła Bułhakowa. Najpierw zwiedzamy utworzone w jego dawnym  mieszkaniu muzeum, a potem udajemy się na Patriarsze Prudy, gdzie rozgrywa się pamiętna scena z „Mistrza i Małgorzaty” z udziałem Wolanda. Oba miejsca same w sobie nie są przesadnie interesujące, a o ich atrakcyjności decydują głównie literackie konotacje.

Po szybkim obiedzie jedziemy do hostelu, bierzemy szybki prysznic i ruszamy na dworzec Jarosławski skąd odjeżdża Kolej Transsyberyjska do Irkucka. Nauczeni doświadczeniem z Rygi jesteśmy na miejscu ponad godzinę przed odjazdem i upewniamy się w trzech różnych okienkach, że nie musimy wymieniać biletów elektronicznych na tradycyjne. Gdy ogłoszony zostaje numer peronu dołączamy do strumienia ludzi obładowanych torbami, plecakami oraz tobołkami i po drobiazgowej kontroli biletów wreszcie wsiadamy do naszego wagonu. Przed nami 87 godzin i 47 minut jazdy Koleją Transsyberyjską, ale to już zupełnie inna para kaloszy.

6 komentarzy na temat “Moskwa, czyli w stolicy dawnego imperium

  • 8 września 2014 at 18:35

    Kochani tak ciekawie opisujecie swoje przygody :-), że z utęsknieniem czekamy na książkę po waszym powrocie, … a teraz z niecierpliwością na informacje jak było w ciągu tych 87 godzin 🙂

    Odpowiedz
    • 6 października 2014 at 05:26

      Bardzo się cieszymy i dziękujemy za miłe słowa 🙂 Książki na razie nie planujemy, ale kto wie;)

      Odpowiedz
  • 13 września 2014 at 15:19

    Lubię czytać blogi i jak tak dalej będziecie opisywac przygody, Wasz będzie moim zdecydowanym nr 1 🙂 czekam na kolejne odcinki!:) buziaki od Nas:*

    Odpowiedz
    • 6 października 2014 at 05:24

      Ewelina,
      Dzięki wielkie i mam nadzieję,że nie zawiedziemy pokładanych w nas nadziei 🙂
      Ucałowania dla Ciebie i Franka :*

      Odpowiedz
  • 15 września 2014 at 23:48

    Łukaszku,
    jestem pod wrażeniem Twoich opisów!:D Myslę, że powinien sie do Was zgłosić jakiś Pascal, Bezdroża albo Lonely Planet;) Buziaki dla Was:*

    Odpowiedz
    • 6 października 2014 at 05:17

      Asiu,
      bardzo dziekuję za ciepłe słowa i bardzo się cieszę, że Ci się podoba moja pisania:)
      Również przesyłaamy buziaki dla Ciebie i Pawła:*

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *