Królewski pogrzeb i apokalipsa w raju

Dopiero dziesięć dni minęło od czasu ostatniego wpisu, gdy opuszczaliśmy południe Bali, a już wydarzyło się tyle, że postanowiliśmy o tym opowiedzieć.
Gdy po czterech dniach upału i cieszenia się słońcem na plażach południowego Bali zajechaliśmy do Ubudu (oddalonego o zaledwie trzydzieści kilometrów) już na parkingu przywitała nas taka ulewa, że doszliśmy do wniosku, iż pora deszczowa nie ogranicza się niestety do Sumatry i Jawy. Po godzinie stania pod daszkiem supermarketu poszukaliśmy noclegu, który był ewenementem samym w sobie. Otóż był to pensjonat rodzinny składający się z kilklu chatek postawionych wokoło małej świątyni typowej dla lokalnej odmiany hinduizmu.

Mało tego, każda ze wspominanych chatek (zawierających tylko po jednym pokoju z łazienką) posiadała drzwi i okiennice, któte odpowiadały temu stylowi i wskazywały raczej na miejse kultu niż infrastrukturę turystyczną. Nasz gospodarz okazał się bardzo rozmowny i oprócz wymienienia najlepszych atrakcji Ubudu koniecznie polecał nam- jeśli takiego słowa można użyć w tym kontekście- następnego dnia pogrzeb dygnitarza z najwyższej kasty równej królowi, który miał być nie lada wydarzeniem w życiu lokalnej społeczności. Popołudnie spędziliśmy na włóczeniu się po mieście. Rzeczywiście zasługuje ono na miano kulturalnej stolicy wyspy- ilością świątyń, muzeów i galerii mogłoby konkurować z niejednym miastem europejskim, a pozostałe budynki to w większości sklepy z lokalnymi wyrobami artystycznymi, butiki lub wyrafinowane restauracje (niektóre z tych ostatnich tak dalece odbiegały od indonezyjskiego krajobrazu, że wydawało nam się jakby były żywcem przeniesione z Londynu, Paryża czy Berlina). Wieczór zakończyliśmy na koncercie reggae, gdzie poznaliśmy parę sympatycznych Kanadyjczyków i świetnie się bawiliśmy.
Nazajutrz postanowiliśmy iść za radą naszego gospodarza i wybrać się na wspomniany pogrzeb: okazało się, że w jego słowach nie było ani cienia przesady. W pochodzie sformowanym na jednej z głównych ulic miasta maszerowało kilkuset mężczyzn ubranych w śnieżnobiałe koszulki, którzy nieśli wielką czarną krowę ze słomy obleczoną płótnem, kilkupiętrowy podest z trumną oraz ogromne gongi i inne instrumenty, natomiast kobiety miały na głowach kosze z owocami, kwiatami i innymi darami. Gdy po perturbacjach z podnoszeniem przewodów elektrycznych aby trumna o nie nie zahaczyła i kilku obrotach krową oraz trumną dotarliśmy do sanktuarium zwanego Małpim Lasem zaczęła się najważniejsza i najbarwniejsza część ceremonii. Przy dźwiękach bębnów, gongów i cymbałów ciało włożono do wspomnianej ogromnej krowy, kapłan odprawił nad nim ostatnie modły a następnie całośc spalono przy pomocy dwóch wielkich gazowych miotaczy ognia. Stwierdziliśmy z Anią, że w porównaniu z Waranasi w Indiach, gdzie ciała palono na najprostszych drewnianych stosach tutaj wygląda to naprawdę profesjonalnie. Jednak nie wszyscy mają tyle szczęścia co skremowany dygnitarz- zmarli z niższych kast są chowani na pobliskim cmentarzu, a ich ciała są wykopywane i palone gdy nadejdzie czas masowej kremacji odbywającej się co 5 lat.
Po pogrzebie zwiedziliśmy kompleks świątyń zwany-jak już wspomnieliśmy- Małpim Lasem zarówno ze względu na setki zwierząt biegających wokół, jak również na kamienne posągi broniące wejścia do tego kawałka dżungli. Następnie zwiedziliśmy kilka innych atrakcji i odwiedziliśmy miejscową dentystkę, gdyż Ania ułamała sobie plombę na Mentosie. Pani była mocno zdziwiona dlaczego tak nam się spieszy i nie zajmiemy się tym w Polsce po powrocie, ale gdy wytłumaczyliśmy, że to nastąpi dopiero w grudniu wszystko stało się jasne. Chwilę po zachodzie słońca znaleźliśmy się na obrzeżach miasteczka na malowniczym wzgórzu położonym pomiędzy dwoma rzekami wśród palm, dżungli i tarasów z polami ryżowymi. Następnego dnia wypożyczyliśmy skuter, aby zwiedzić okolice- mimo ulewnego deszczu i mgieł nie daliśmy za wygraną, chociaż widoki i przyjemność były dość ograniczone.
Także pogoda wpłynęła na naszą decyzję, aby wyruszyć jak najszybciej na wyspy Gili, reklamowane zarówno przez Marcina, brata Ani który tam był cztery lata temu, jak i przewodniki turystyczne jako idyliczne miejsce z rajskimi krajobrazami. Aby tam dotrzeć dojechaliśmy na wybrzeże po czym przesiedliśmy się na sporych rozmiarów motorówkę (zwaną po angielsku po prostu „fast boast”),która rozwijając naprawdę duże prędkości tak mocno podskakiwała na falach, że woda bryzgała przez niedomknięte oka i drzwi, ja się czułem jak w lunaparku, a Ania sinozielona z całych sił walczyła z chorobą morską. Gdy wreszcie dobiliśmy do brzegu (wysiada się, o dziwo, z plecakami i walizkami po kostki w wodzie) zostaliśmy obskoczeni przez naganiaczy na pokoje.
Gdy po godzinie poszukiwań i porównań wreszcie usiedliśmy zmęczeni na naszym nowym tarasie zaczęło padać. Ania chciała iść coś zjeść, bo padaliśmy z głodu, ale mnie coś tknęło, żeby chwilę poczekać. I wtedy się zaczęło. Najpierw kilka razy porządnie dmuchnęło jak przed każdą burzą, ale już za chwilę przed nami stanęła ściana wody a wicher zaczął targać wszystki naokoło.
-Ostra ta pora deszczowa tutaj- stwierdziłem i jeszcze nie skończyłem zdania a zaczął się Armageddon. Najpierw spory kawał blachy urwał się z dachu naszego budynku, a chwilę później drzewo stojące 15 metrów dalej przewróciło się i zburzyło kawałek świeżo zbudowanego muru. Nasza gospodyni stała na środku podwórka i totalnie przemoknięta patrzyła zrezygnowanym wzrokiem na zniszczenia po czym postanowiła opłukać się w wodospadzie spadającym z rynny. Gdy deszcz ustał i wyszliśmy na główną promenadę wyspy dopiero zobaczyliśmy ogrom kataklizmu. Drzewa powyrywane z korzeniami, pozrywane kable, które podobno nieomal wpadły do basenu z kąpiącymi się ludźmi, kałuże po kostki ciągnące się kilkadziesiąt metrów i poprzewracane łodzie na morzu. Jak nam później powiedzieli lokalni mieszkańcy była to największa wichura od 1999 roku. To się dopiero nazywa szczęście!
Nazajutrz wyszło słońce, ale przez kolejne 4 dni pogoda była raczej w kratkę. W ciagu tego czasu obeszliśmy „naszą” wyspę Trawangan, wybraliśmy się na wycieczkę snorklingową (na nasze: nurkowanie z maską, rurką i płetwami) po wszystkich 3 wyspach i jeden dzień spędziliśmy na Gili Air. I to właśnie snorkling jest jedną z największych tutejszych atrakcji i zdecydowanie najbardziej przypadł nam do gustu jako sposób spędzania wolnego czasu. Oglądanie wielobarwnych koralowców, tropikalnych rybek we wszystkich kolorach tęczy oraz wielkich żółwi morskich naprawdę nas zachwyciło. Jeśli chodzi o całościowy odbiór wysp Gili to są one zdecydowanie jednym z piękniejszych morskich miejsc jakie odwiedziliśmy, ale rozwój infrastruktury postępuje tam w takim tempie, że nie można już mówić o pięknej idylii, o której opowiadał nam Marcin. Ilość knajp, beach barów i imprez nocnych sugeruje, że jeśli wszystko pójdzie w tym kierunku już za kilka lat Trwanagan będzie bardziej przypominał azjatycką Ibizę niż spokojne ustronie morskie. Mimo tego zdecydowanie polecamy wizytę- może po prostu nasze oczekiwania były zbyt wygórowane.
W drogę powrotną na Bali (gdzie musieliśmy odebrać nasze paszporty z przedłużonymi wizami indonezyjskimi przed wylotem do Australii) postanowiliśmy wybrać się publicznymi środkami transportu, które są tańsze niż rejs motorówką. Jak się miało okazać oznaczało to 15 godzin w trasie: najpierw prom z wysp Gili na Lombok (kolejna duża wyspa Indonezji), powózka konna z przystani na dworzec autobusowy, zdezelowany busik ze stanowczo zbyt wieloma pasażerami i ich bagażami na pokładzie oraz na dachu, następnie kolejny busik do przystani, statek niemalże wielkości Titanica na Bali (miał płynąć 5 godzin, płynął prawie siedem, z czego dwie spędziliśmy 200 metrów od brzegu przypuszczając dwa inne statki), w końcu samochód osobowy kursujący w ramach autobusu do Denpasar, skąd 30 minut po północy wzięliśmy lokalny minibus (zwany tutaj „bemo”) do Legian, gdzie dotarliśmy wczoraj o 1 w nocy. To był długi dzień.
Dzisiaj wypożyczyliśmy ponownie skuter (ten sam co poprzednim razem tutaj), odebraliśmy popołudniu paszporty i wybraliśmy się na plażę na południu Bali, głównie żeby podziwiać zachód słońca. Okazało się, że knajpa w której siedzieliśmy wynajmuje także deski surfingowe, więc postanowiliśmy spróbować. Mimo iż kilka osób ostrzegało nas, że to niełatwa sztuka już po kilku próbach udało nam się stanąć na desce i spłynąć z fali. Potem Ani udało się to powtórzyć z 8 razy, mi chyba 5 i chociaż jesteśmy trochę poobdzierani i potłuczeni zabawa była wyśmienita!
Teraz siedzimy w kawiarence internetowej, gdzie przeżyliśmy niezbyt przyjemną pzygodę, która przyprawiła mnie prawie o zawał serca. Otóż okazało się, że akceptacja wizy elektronicznej do Australii zajmuje 2-10 dni roboczych, czego Ania nie doczytała wcześniej w internecie. Jako, że w Australii jest sobota, druga w nocy, a mamy wykupiony lot na niedzielę wieczorem wpadliśmy w nie lada panikę. Wypełniliśmy mimo wszystko wnioski wizowe i zaczęliśmy próbować przełożyć bilet na późniejszy termin. Nie było to możliwe, więc zdenerwowaliśmy się jeszcze bardziej. Po czym nagle, ni stąd ni zowąd dostajemy na maila informację, że… przyznano nam wizę!
No nic, nie pozostaje nic innego tylko iść to uczcić kilkoma Bintangami, najpopularniejszym miejscowym piwem. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *