Kolej Transsyberyjska, czyli cztery dni na koloniach

Słyszał o niej chyba każdy. Że najdłuższa na świecie, że łączy Europę z Azją, Moskwę z Pekinem i Władywostokiem nad Pacyfikiem. W szkole czytaliśmy o losie tysięcy zesłańców (w tym w dużej części Polaków), którzy zginęli przy jej budowie, a gdy została zbudowana służyła do transportu kolejnych tysięcy wgłąb tajgi. Potem słuchaliśmy opowieści wujków i znajomych rodziców o przejazdach nią na Wschód, gdzie u schyłku komunizmu i w pierwszych latach transformacji jeździło się handlować wszystkim co się da.

Kolej Transsyberyjska. Już sama nazwa brzmi egzotycznie i zawiera w sobie obietnicę wielkiej przygody. Gdy planowaliśmy naszą podróż dookoła świata zgodnie stwierdziliśmy, że marzyliśy o tym od dawna i że jest to obowiązkowy punkt programu. Teraz wreszcie to marzenie ma się spełnić.

Wsiadamy do pociągu relacji Moskwa – Chabarowsk czwartego września pół godziny po północy. Wykupiliśmy bilety w klasie płackartnyj co oznacza otwarty wagon z kuszetkami w podobnym układzie jak pociąg z Rygi z tą tylko różnicą, że tutaj każdy pasażer ma przypisaną kuszetkę i komplet pościeli na zmianę.

Jako, że jedziemy prawie 4 doby nasi sąsiedzi z przedziału zmieniają w miarę upływu czasu i Ania postanowiła ich Wam przybliżyć:

– młody student zarządzania: na pierwszy rzut oka przypomina mi Antka, mojego ukochanego siostrzeńca, lecz po chwili stwierdzam, że wygląda raczej na terrorystę (Łukasz nie podziela moich skojarzeń). Pierwsze pytanie, które nam zadaje zaraz po tym gdy dowiedział się skąd jesteśmy i jak mamy na imię, brzmi : co sądzicie o sytuacji na Ukrainie?  Udajemy, że nie rozumiemy o co pyta, ale na marne- delikwent wyciąga laptopa i pokazuje nam na ekranie to samo pytanie przetłumaczone przez Google Translatora. W końcu odpowiadamy pokrętnie, że nie interesujemy się polityką, choć jest to wierutne kłamstwo, biorąc pod uwagę, że Łukasz studiował stosunki międzynarodowe. Wspólna podróż trwa 17 godzin,  jegomość wysiada w miejscowości Kirów.

-pan inżynier-obieżyświat: bardzo sympatyczny, rozmowny i posiadający dużą wiedzę na każdy temat osobnik. Przez pewien czas prowadził z Łukaszem rozmowę o Stanach Zjednoczonych i pomimo tego,  że Łukasz nie zna rosyjskiego, dogadywali się doskonale. Jechał z nami 29 godzin i wysiadł na stacji Perm, za którą- jak to nam tłumaczył dnia poprzedniego- wytyczona jest 1777 km od Moskwy umowna granica między Europą a Azją.  Niestety stację tę mijaliśmy o 5 rano i przespaliśmy to jakże ważne miejsce.

-dziewczyna o ciemnych włosach: wsiadła do pociągu w Jekaterynburgu, małomówna, znalazła wspólny język z Babuszką.

-babuszka: towarzyszy nam od samej Moskwy i zmierza do stacji końcowej, czyli Chabarowska (niedaleko od Władywostoku- 6 dni jazdy). Jest Ukrainką i jedzie odwiedzić swojego syna.  Nie odzywa się zbytnio  z wyjątkiem pytań o nazwę stacji i czaz zatrzymania się pociągu.

-dwóch jegomości: nie odzywali się, większość czasu spali, więc nie wiemy nawet dokąd jechali, w jakim celu i jak mieli na imię.

-sympatyczna studentka: w dzień bardzo miła i uśmiechnięta,  w nocy budził ją każdy szelest. A że dłuższe przerwy bywały często w godzinach nocnych,  gdy wracaliśmy ze sklepu z chipsami, paluszkami i napojami budziła się poirytowana prosząc o ciszę.  

-Buriat: młody mężczyzna wyglądający na pierwszy rzut oka jak wykonawca znanego hitu &Gangnam style&. Bardzo rozmowny,  cały czas się głowił jak można jechać w podróż poślubną Koleją Transsyberyjską. Turcja, Egipt, nawet Sankt Petersburg, ale Syberia? Ciągle jadł słodycze,  którymi nas częstował. Jechał do pracy gdzieś za Irkuck, ale nazwa tej miejscowości nic nam nie mówiła i nie mogliśmy znaleźć jej na naszej mapie. Ostatniego dnia grałam z nim w karty i choć niezbyt rozumiałam zasady gry udało mi się wygrać z nim dwa razy.

Przed wyjazdem nasłuchaliśmy się opowieści znajomych, którzy już mają za sobą przejazd Transsibem (jak Rosjanie w skrócie nazywają Kolej Transyberyjską), że jest to trwająca kilka dni impreza przerywana uzupełnianiem zapasów alkoholu na kolejnych stacjach. Jako oszczędni i przezorni Poznaniacy wzięliśmy więc ze sobą 4 butelki naszej wódki weselnej- jedną na prezent dla znajomego w Irkucku, jedną dla znajomego w Ułan Bator i dwie właśnie na integrację w Kolei Transsyberyjskiej. Okazało się jednak,  że chętnych na zbratanie się w pociągu brakuje (w Irkucku też zresztą nie udało się ze znajomym spotkać) więc po czterech dniach podróży wysiedliśmy nadal obładowani dwulitrowym ciężarem. Owszem, przedział obok czterech jegomości spożywało spore ilości napojów wyskokowych i byli skorzy się nimi podzielić, ale byli to rosyjscy odpowiednicy naszych dresiarzy i ich zachowanie nie zachęcało do integracji (dość powiedzieć, że jeden z nich próbując w środku nocy nawiązać z nami rozmowę nieopatrznie usiadł na naszą śpiącą sąsiadkę).

Zamiast imprezy czas schodził nam na czytaniu książek i przewodników, planowaniu dalszej podróży, grze w karty oraz drzemkach o każdej porze dnia i nocy (wreszcie odespaliśmy kilka nocy zarwanych przed wyjazdem z Polski). Wraz z upływem czasu coraz bardziej czuliśmy się jak podczas letnich wakacji, gdy z powodu złej pogody przez kilka dni nie można wyjść z przyczepy kempingowej.Także widok za oknem dość szybko nam spowszedniał- są to przeważnie niekończące się lasy brzozowe przeplatane od czasu do czasu łąkami. Dopiero około doby przed dotarciem do Irkucka pojawiło się na horyzoncie coraz więcej stepów i typowej syberyjskiej zabudowy, czyli proste drewniane domki często z bogato zdobionymi okiennicami w fantazyjnych kolorach.

Największym urozmaiceniem w podróży okazały się trwające od kilkunastu do kilkudziesięciu minut postoje, które upływały głównie na zdobywaniu jedzenia i zwiedzaniu okolic dworców, ponieważ ich długość nie wystarczała na zapuszczanie się wgłąb miast. Jednak podczas gdy same dworce w niektórych miastach są naprawdę okazałe to już ich otoczenie jest najczęściej zbitką blaszanych pawilonów z kioskami, barami szybkiej obsługi i sklepami spożywczymi.

Właśnie na jednym z przystanków przydarzyła nam się dość komiczna sytuacja. Otóż Kolej Transsyberyjska mimo swoich ogromnych rozmiarów słynie z nieprzeciętnej punktualności (wręcz co do minuty), o którą dbają jadące w każdym wagonie prowadnice zaganiając pasażerów do pociągu na kilka minut przed odjazdem. W Jekaterynburgu postój był wyjątkowo długi, więc postanowiliśmy po zakupieniu składników na śniadanie spożyć je na murku przylegającym do budynku dworca, który był oddzielony od naszego pociągu wolnymi torami. W pewnym momencie na te właśnie tory wjechał inny skład zasłaniając nas, ale jako że mieliśmy pół godziny do odjazdu nie za bardzo się tym przejęliśmy i jedliśmy dalej. Po chwili usłyszeliśmy jednak krzyk naszej prowadnicy, która przeszła przez nowoprzybyły skład, otworzyła drzwi na oścież i głosem nie znoszącym sprzeciwu zarządziła:

– Dalej, przechodźcie, bo sobie do Irkucka piechotą pójdziecie!

Potulnie zebraliśmy nasze śniadania, przeszliśmy przez tamten pociąg i podreptaliśmy do naszego wagonu, gdzie spędziliśmy 30 minut jędząc dalej wewnątrz. Do Irkucka dotarliśmy ostatecznie na kołach i po ponad 87 godzinach w trasie z pewna ulgą zakończyliśmy naszą podróż.

5 komentarzy na temat “Kolej Transsyberyjska, czyli cztery dni na koloniach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *