Irkuck i wyspa Olchon, czyli surowe piękno Bajkału

Po czterech dniach zamknięcia w Kolei Transsyberyjskiej i oglądania wyłącznie okazałych budynków dworców otoczonych komunistyczną brzydotą Irkuck zauroczył nas od pierwszego wejrzenia (a dokładniej rzecz ujmując: od pierwszego dziennego wejrzenia, bo poprzedniej nocy dotarliśmy zaledwie do hostelu blisko dworca). Już spacer w słońcu po moście łączącym dwie części miasta oraz zwiedzanie głównego placu otoczonego cerkwiami, polską katedrą katolicką i nowoczesną nadrzeczną promenadą wprawił nas w doskonały nastrój. Potem było już tylko lepiej. Nieformalna stolica wschodniej Syberii jest pełna unikatowych drewnianych domków z bardzo bogatą ornamentyką drzwi i okien- stanowią one idealne i bezpretensjonalne połączenie wiejskiej prostoty z miejskim wyrafinowaniem. Dla Ani, która ma obsesję na punkcie fotografowania właśnie drzwi i okien był to raj na ziemi, a dla mnie- powód do rozbawienia przechodzącego w lekką irytację, gdy zatrzymywaliśmy się przy każdym napotkanym budynku.

W Irkucku można się natknąć na wiele polskich śladów: zarówno zesłańców politycznych z różnych okresów jak i naukowców zasłużonych w badaniu rejonu Przybajkala. Do dzisiaj zresztą mieszka tu kilka tysięcy Polaków oraz działa polski konsulat. Duży wkład w rozwój miasta, a szczególnie jego życia kulturalnego, włożyli także rosyjscy dekabryści, których określenie wzięło nazwę od powstania przeprowadzonego w grudniu na począku XIX w. w Sankt Petesburgu. Po oglądaniu drewnianych domów i zwiedzaniu historycznych budynków zjedliśmy pyszny rosyjski obiad w restauracji Rassolnik utrzymanej w klimacie Związku Radzieckiego, a wieczór zakończyliśmy popijając piwo w parku z widokiem na Angarę.

Następnego ranka siedzieliśmy już w marszrutce (tutejsza odmiana minibusa) zmierzającej na Olchon, największą wyspę na Bajkale. Gdy opuściliśmy granice miasta z radością stwierdziliśmy, że po raz pierwszy od początku naszej podróży opuszczamy cywilizację i jedziemy na łono przyrody. Po kilku godzinach jazdy naszym oczom ukazał się wśród stepowych wzgórz błękit Bajkału. Po dłuższej chwili wjechaliśmy na prom, który miał nas zabrać na wyspę. Dopiero gdy wyszliśmy z busa, poczuliśmy porywisty wiatr na twarzy i spojrzeliśmy na fale ciągnące się po horyzont doceniliśmy ogrom tego jednego z największych, a zarazem najgłębszego jeziora świata, które rozmiarem dorównuje Bałtykowi. Olchon przywitał nas stepowym krajobrazem wypalonych słońcem traw i zupełnym brakiem asfaltowych dróg. Po około półtorej godzinie szalonej jazdy po wertepach dotarliśmy do Chużyru, jedynej większej miejscowości na wyspie. Składa się ona z prostych drewnianych chat Buriatów stojących na tle skalnych klifów opadających do lazurowej wody.

Naszym lokum okazała się prymitywna kanadyjka z umywalką na tarasie i z widokiem na drewniane wychodki wkopane w ziemie. Umywalka składała się z metalowego zbiornika z wodą do którego własnoręcznie dolewaliśmy zimnej wody nalewakiem, natomiast odpływ stanowiło wiadro ustawione pod zlewem. Sama chatka była dość przestronna, gdyż posiadała 6 łóżek a jej punkt centralny stanowił piec bielony wapnem. Po rozpakowaniu rzeczy wyruszyliśmy w poszukiwaniu wynajmu rowerów na kolejny dzień, gdyż właśnie w ten sposób chcieliśmy obejrzeć całą wyspę. Okazało się, że „centrum” miasteczka stanowi szeroka piaskowa ulica, która w mocnym popołudniowym słońcu i z bezpańskimi psami biegającymi wokoło przywoływała na myśl filmowe obrazy Dzikiego Zachodu. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy odpowiedni punkt wynajmu, ale okazało się, tak jak w wypadku południowej części wyspy wyprawa rowerowa nie stanowi żadnego problemu tak północna jest na tyle odległa i niedostępna, że można do niej dotrzeć wyłącznie biorąc udział w zorganizowanej wycieczce marszrutką (piesze dotarcie wymagałoby około 5 dni marszu z plecakami, namiotem oraz własnym jedzeniem). Zrobiliśmy więc rezerwację rowerów na jeden dzień i poszliśmy obejrzeć zachód słońca nad nasławniejszą skałą na wyspie, zwaną Szamanką. Jest to święte miejsce zarówno dla wyznawców szamanizmu, którzy odprawiali tutaj kiedyś swoje rytuały jak również dla buddystów, którzy postawili tutaj 13 drewnianych palów i zawieszając na nich kolorowe szale wierzą, że wiatr zaniesie ich modlitwy do bóstw. Sama skała jest na tyle malowniczym miejscem, że widnieje na większości pocztówek przedstawiających zarówno wyspę Olchon jak i cały Bajkał, a gdy dodamy do tego zachodzące słońce i niebo mieniące się wieloma odceniami różu, fioletu i granatu otrzymamy naprawdę niezwykły widok. Zaraz po zachodzie otrzymaliśmy wiadomość od Justyny i Leszka, pary podróżników z Kielc, których poznaliśmy w Moskwie, że również dotarli na Olchon. Przy kilku piwach ustaliliśmy, że kolejnego dnia dołączą do nas i razem wybierzemy się na wycieczkę rowerem. Poznaliśmy również Jacka, Polaka studiującego w Irkucku, który latem zajmował się sprzedażą wycieczek w miejscu, gdzie nocowali Leszek i Justyna.

Rano odebraliśmy rowery (przy okazji wyszło na jaw, że pan wypożyczający sprzęt, z którym próbowaliśmy długo i koślawo dogadać się po rosyjsku mówi płynną angielszczyzną i do tego z tak czystym brytyjskim akcentem, że omal nie parsknęliśmy śmiechem) i wyruszyliśmy trasą zaproponowaną nam w punkcie wynajmu. Droga po opuszczenia miasteczka pięła się początkowo pod górę przez tajgę, aż wyjechaliśmy na otwarte przestrzenie stepu i osiągneliśmy pierwsze wzgórze z umieszczonym na nim punktem widokowym. Niebo, które rano zasnuwała gęsta warstwa chmur zupełnie się rozjaśniło i pod nami roztaczał się widok na klify Olchonu, Bajkał ciągnący się po horyzont i błękitne niebo. Po długiej sesji zdjęciowej zaczęliśmy ostry zjazd w dół, który był na tyle emocjonującym przeżyciem, że dopiero teraz doceniliśmy amortyzatory w naszych rowerach górskich a Ania postanowiła uwiecznić go na filmie robiąc ze swojego aparatu amatorską wersję kamery Go Pro przyczepioną do przedniej zaczepy plecaka. Długi zjazd zakończyliśmy przejazdem przez wyludnioną buriacką wieś oraz przystankiem na plaży powstałej z mierzeji oddzielającej Bajkał od małego jeziorka. Tam postanowiliśmy z Leszkiem, że będąc nad Bajkałem po raz pierwszy i nie wiadomo czy nie ostatni w życiu absolutnie trzeba się w nim zanurzyć. Temperatura wody była zbliżona do tej w Bałtyku jesienią, więc pozwoliła tylko na krótką, ale bardzo odświeżającą kąpiel, po której musieliśmy się natychmiast ubrać w kurtki i czapki. Droga powrotna do naszego miasteczka okazała się (co nie powinno być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że tą samą drogą jechaliśmy dzień wcześniej marszrutką) 15-kilometrowym odcinkiem prowadzącym przez wertepy i wyboje co bardzo niekorzystnie odbiło się na naszych delikatnych zadkach.

Po powrocie Jacek zaproponował nam spędzenie wieczoru w tradycyjnej rosyjskiej bani, na co ochoczo przystaliśmy. Po obejrzeniu kolejnego zachodu słońca nad Szamanką (tym razem nie był tak spektakularny jak poprzednio), uzbrojeni w ręczniki, klapki i wódkę weselną przywiezioną z Polski (jej historia w poprzednim wpisie) wyruszyliśmy do łaźni.Rosyjska bania od znanej w Polsce sauny różni się kilkoma rzeczami. Podstawowa to okładanie każdego z korzystających po kolei zwojem brzozowych witek po całym ciele, co znacznie poprawia krążenie i ułatwia wydzielanie toksyn z ciała- Jacek okazał się prawdziwym ekspertem w tej dziedzinie, co dostarczyło nam sporych wrażeń. Kolejną różnicą jest budowa samej sauny- bania składa się z trzech pomieszczeń: sameł łaźni, izby przejściowej gdzie po okładaniu witkami wylewaliśmy na siebie kubły lodowatej wody oraz pomieszczenia przeznaczonego do przebierania się, odpoczynku i spożywania kolejnych kolejek wódki pomiędzy wejściami do łaźni. I właśnie wódka stanowi ostatnią różnicę. Otóż połączenie gorącej łaźni, wspomnianych masaży witkami, lodowatej wody i wódki daje efekt dość piorunujący. Nasz pobyt w łaźni przerwała dość drastycznie pani mieszkająca nad łaźnią, która narzekała na hałas w nocy, gdyż nawet nie zorientowaliśmy się, że jest już godzina po północy. Naszą biesiadę przenieśliśmy do pokoju Justyny i Leszka, co zaowocowało ciężkim porankiem nazajutrz.

Następnego dnia postanowiliśmy wziąć udział we wspomnianej wcześniej wycieczce marszrutką po północnej części wyspy. Załogę busa oprócz naszej czwórki stanowiła Chinka, Angielka, Szwajcar, Hiszpan i mieszkaniec Hong-Kongu. Wszyscy byli w naszym wieku albo młodsi, więc integracja postępowała bardzo szybko. Ania jako jedyna osoba znająca język rosyjski została wyznaczona do siedzenia w pierwszym rzędzie obok kierowcy-Buriata i tłumaczenia opowiadanych przez niego ciekawostek na temat kolejnych punktów na Olchonie. Północna część wyspy okazała się jeszcze bardziej widowiskowa niż południowa: lazurowa woda rozbija się tutaj o klify sięgające kilkudziesięciu do stu metrów, które mają bardziej poszarpane i nieregularne kształty, a momentami przechodzą nagle w łagodne plaże. Urody poszczególnych miejsc nie da się do końca oddać słowami, więc odsyłam do Ani zdjęć zamieszczonych w galerii niniejszego bloga oraz naszego fanpage’a na Facebooku.

Wieczorem spotkaliśmy się w gronie załogi naszej marszrutki w barze ośrodka, w którym nocowali Justyna z Leszkiem. Wieczór, który rozpoczął się niewinnym piwem, wymianą doświadczeń z podróży i planami na przyszłość, przybrał nieoczekiwanego obrotu, gdy usłyszeliśmy, że przy sąsasiednim stoliku trzej panowie w różnym wieku rozmawiają po polsku. Gdy już zbierali się do wyjścia Leszek zagadnął ich pytaniem, które potem wielokrotnie wspominaliśmy ze śmiechem na twarzy:

-A panowie tutaj na ryby przyjechali?

Od słowa do słowa wywiązała się bardzo ciekawa i długa konwersacja, gdyż okazało się, że Justyna i Leszek mają z panami wspólne zainteresowania (spadochron, nurkowanie, wspinaczka) przy której po kolejnych piwach pojawiła się nagle rosyjska wódka z kieliszkiem pożyczonym naprędce z kuchni (bar nie serwował napojów mocniejszych niż piwo). Do zabawy szybko dołączyły jeszcze dwie Koreanki siedzące przy innym stoliku i zaopatrzone- nie wiedzieć czemu- w ogórki w konserwowe, które okazały się bardzo przydatne w tejże sytuacji. Po zakmnięciu baru i wcześniejszym uzupełnieniu zapasów międzynarodowe grono przeniosło się na zewnątrz,a impreza, jak to się mówi, wymknęła się spod kontroli. Wystarczy powiedzieć, że Koreanki należało odprowadzić do pokoju a młody mieszkaniec Hong-Kongu wygłosił płomienną mowę pochwalną na temat zalet nocowania w hostelach (był to jego pierwszy nocleg w takim przybytku) w porównaniu z wielogwiazdkowymi hotelami.

Następny poranek był jeszcze cięższy niż poprzedni, co zaowocowało tym, że zostawiłem w naszej chatce ładowarkę do tableta a marszrutka jadąca do Irkucka musiała specjalnie podjechać pod nasz hostel, co wybłagali u kierowcy Justyna z Leszkiem. Kilka godzin później i po przesiadce w Irkucku siedzieliśmy już całą czwórką w elektriczce (osobowy pociąg podmiejski) w drodze w nadbajkalskie góry Chamar Daban, gdzie zaplanowaliśmy kilkudniowy trekking na Pik Czerskiego.

4 komentarzy na temat “Irkuck i wyspa Olchon, czyli surowe piękno Bajkału

  • 18 listopada 2014 at 11:54

    W 100% zgadzam się z tezami zawarymi w tym artykule.

    Odpowiedz
  • 19 listopada 2014 at 20:22

    Poczęści zgadzam się z tym co zostało napisanę, ale nie do końca. Jak przemyślę sprawę to napisze o co mi chodzi.

    Odpowiedz
  • 12 lutego 2015 at 14:44

    Dzięki! Cały blog bardzo przypadł mi do gustu! Właśnie tego szukałem. Zostaje waszym stałym czytelnikiem.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *