Indonezja, czyli w krainie orangutanów, wulkanów i bajecznych plaż

Przekroczyliśmy równik i po raz pierwszy w życiu jesteśmy na południowej półkuli naszego globu! Od ponad dwóch tygodni przebywamy w Indonezji i kraj ten zdążył już podbić nasze serca piękną przyrodą (o tym szerzej za chwilę), uśmiechem na twarzach bardzo przyjaznych mieszkańców i wyśmienitym jedzeniem (przebojem jest grillowany kurczak na patykach w słodkim sosie sojowo-orzeszkowym). Z Anią zgodnie stwierdziliśmy, że jak na razie Indonezja zajmuje na naszej liście „The best of” drugie miejsce tuż za Nepalem i że także tutaj musimy kiedyś powrócić!

Zaczęło się dwudniowego trekkingu po dżungli w Parku Narodowym Gunung Leuser, który słynie z licznej populacji orangutanów. Okazało się, że słowo „trekking” jest w tym wypadku jak najbardziej uzasadnione, gdyż trasa składała się w większości ze stromych podejść i zejść po zabłoconych stokach, a szlak momentami był tak zarośnięty, że drogę trzeba było sobie torować rękoma. Jeśli dodamy do tego niemiłosierny upał z wilgotnością powietrza powyżej 90% i przelotnymi ulewami to dostajemy dość ekstremalną rozrywkę. Jednak widok naszych rudowłosych człekokształtnych „kuzynów” w pełni nam ten trud wynagrodził. Szczególną atrakcję stanowiły dwie matki ze swoimi pociechami pod pachą lub na plecach- jedna taka para była tak oswojona z ludźmi, że w zamian za pęk bananów pozwaliła nam się nawet razem sfotografować. Nie obyło się też bez elementów komicznych. Gdy przewodnik ostrzegł nas nagle, że jeden z orangutanów może być niebezpieczny Ania tak sobie wzięła jego słowa do serca, że obróciła się na pięcie i zaczęła uciekać krzycząc do pozostałych: „Run, people, run!” („Biegnijcie, ludzie, biegnijcie!”). Kiedy opadło pierwsze zdziwienie wszyscy ryknęli gromkim śmiechem i wspominali to później wesoło do końca wycieczki.
Gdy wreszcie dotarliśmy do miejsca biwakowego położonego nad rzeką wszyscy ochoczo rzucili się do kąpieli, chociaż widok waranów skaczących do wody z przeciwległego brzegu i dziarsko płynących pod prąd trochę ostudził nasz zapał. Wieczór upłynął na grach i śpiewach z naszym przewodnikiem oraz resztą naszej grupy: Francescą i Guillermo z Chile oraz Timem i Lindą z Holandii. Noc w dżungli w namiocie składającym się z bambusowych palików i brezentowej płachty okazała się dla mnie- zgodnie z zapowiedzią przewodnika- prawie bezsenna, ale Ania spała jak dziecko. Następnego ranka po kolejnych kilku godzinach wyczerpującego chodzenia po dżungli wróciliśmy do Bukit Lawang, naszego punktu startowego, spływając rwącą rzeką na wielkich oponach połączonych w łańcuch. Zabawa była przednia, ale pogoda się zepsuła i siedzenie w zimnej wodzie skończyło się dla nas lekkim przeziębieniem.
Następnego dnia wyruszyliśmy w kierunku Berastagi, górskiej miejscowości położonej pomiędzy dwoma wulkanami. Szczęśliwy traf chciał, że w autobusie do Medanu (gdzie mieliśy przesiadkę) spotkaliśmy parę Chilijczyków poznaną na trekkingu. Wiele opowiadali o rzeczach, które koniecznie musimy zobaczyć, zjeść i wypić, gdy będziemy w ich kraju, a na koniec dali nam swoje namiary i kategorycznie stwierdzili, że musimy się spotkać w Santiago de Chile.
Gdy zajechaliśmy do Berastagi w naszym hostelu spotkaliśmy także wspomnianą już parę Holendrów z trekkingu po dżungli i ze śmiechem stwierdziliśmy, że utarte ścieżki turystyczne- nawet w tak wielkim kraju jak Indonezja- są naprawdę wąskie i często się ze sobą przecinają. Z Lindą i Timem wybraliśmy się wspólnie na kolację, a następnego ranka umówiliśmy się na wspólną wycieczkę na Gunung Sibayak, jeden z dwóch pobliskich wulkanów (drugi z nich, Sinabung, jest nadal zamknięty po niedawnej erupcji, która zabiła ponad sto osób). Na wulkan wchodziliśmy w towarzystwie pary Francuzów, Indonezyjczyka i pół Włocha-pół Inodezyjczyka, których Holendrzy poznali poprzedniego dnia. Kompania okazała się naprawdę radosna i rozmowna, więc spędziliśmy razem ciekawy i wesoły dzień. Zaczęło się od zdobycia krawędzi krateru, z którego szczelin wydobywały się gęste opary siarki barwiące pobliskie skały na jaskrawożółty kolor. Był to nasz pierwszy aktywny wulkan, jaki zdobyliśmy z Anią (ten w Mongolii był od dawna wymarły), więc było to naprawdę spore przeżycie. Kolejnym punktem była kąpiel w pobliskich gorących źródłach, z której niestety nie skorzystaliśmy z Anią z powodu przeziębienia. Na zachód słońca postanowiliśmy udać się wspólnie na wzgórze nad miasteczkiem, z którego rozciąga się widok na oba wulkany. Niestety, chmury były tak gęste, że kompletnie nic nie było widać. Gdy pozostali pokazywali nam przepiękne zdjęcia zachodzącego słońca z poprzedniego wieczoru tylko nas krew zalewała. W końcu postanowiliśmy, że nie damy się aurze i zamówiliśmy u czatujących tam lokalnych fotografów dwa zdjęcia z wmontowanym tłem wybuchającego wulkanu- efekty możecie ocdenić sami na załączonej fotografii. Po zejściu do miasteczka, podczas wspólnej kolacji w warungu (lokalna odmiana ulicznej jadłodajni) nagle podszedł do naszej grupy jakiś pan i zapytał czy mieszkamy w pensjonacie Wisata Sibayak, bo właścicielka niepokoi się dlaczego tak długo nie wracamy z gór i już chciała zawiadamiać odpowiednie służby.
Naszym kolejnym przystankiem było Danau Toba, największe jezioro w Południowo-Wschodniej Azji, do którego dotarliśmy trzema autobusami, a następnie przeprawiliśmy się promem na wyspę Samosir. Samo jezioro przypomina Bajkał swym rozmiarem oraz klifami i wzgórzami wyrastającymi z wody, przy czym na Syberii ciężko uświadczyć wszechobecnych tutaj drzew palmowych. W naszym pensjonacie, składającym się z tradycyjnych drewnianych chat ze szpiastymi dachami- ponownie spotkaliśmy Lindę i Tima z Holandii. Okolice te zamieszkują bardzo towarzyscy i muzykalni Batakowie, więc wieczorem wybraliśmy się na występ lokalnego zespołu. Piosenki męskiego trio w średnim wieku, wspieranego przez młodego bębniarza, były tak rytmiczne i radosne, że przywodziły na myśl muzykę latynoską rodem z Kuby czy Meksyku, szczególnie, że raczyliśmy się przy tym arakiem, miejscowym destylowanym winem ryżowym, który jest podobny do rumu, a z dodatkiem miodu i popijany herbatą smakował wyśmienicie.
Następnego dnia postanowiliśmy wypożyczyć skuter i objechać całą wyspę dookoła, co oznaczało ponad 150 kilometrów za kierownicą. Przemierzając północną część wyspy mijaliśmy niezliczone pola ryżowe, wspomniane już drewniane chaty przypominające trochę zakopiańskie oraz bardzo wymyślne grobowce stojące w co drugim ogrodzie, które łączą w sobie elementy chrześcijańskie (Batakowie stanowią mniejszość pod tym względem w zdominowanej przez islam Indonezji) oraz animistyczne elementy wskazujące na dawną wiarę przodków. Południowa część wyspy to już zupełnia inna bajka zarówno pod względem krajobrazowym (wzgórza i klify schodzące wprost do jeziora oraz dużo mniej zabudowań) jak również logistycznym (prawie sto kilometrów po bardzo różnej jakości drogach, czasem gołych kamieniach). Skończyło się na zjeżdzaniu po ciemku w deszczu po stromych, wyboistych serpentynach, ale wcześniejsze widoki oraz machający i uśmiechający się na każdym kroku ludzie nam to z nawiązką wynagrodzili. Po kolejnym dniu spędzonym na relaksie powróciliśmy ponownie do Medanu, gdzie spędziliśmy noc na lotnisku i polecieliśmy na następną indonezyjską wyspę: Jawę.
Po przylocie do Jogjakarty (znaną też jako Yogyakarta, w skrócie „Yogya”) udaliśmy się od razu na jej przedmieścia, do Borobudur, aby zobaczyć wschód słońca nad jedną z najsławniejszych świątyń buddyjskich w Azji. Jeszcze tego samego dnia popułudniu wypożyczyliśmy skuter, żeby obejrzeć kilka mniejszych pobocznych świątyń i okoliczne wioski. Ledwo dojechaliśmy po kwadransie do pierwszej budowli niebo zasnuły ołowiane chmury i tak lunęło, że na ponad godzinę musieliśmy się schować w sklepie z pamiątkami, co zaowocowało długimi negocjacjami i zakupami tradycyjnych miejscowych masek. Deszcz nie przestawał padać, ale stwierdziliśmy, że szkoda czasu, założyliśmy kurtki i ruszyliśmy dalej. Zmokliśmy totalnie, ale co zobaczyliśmy to nasze! Wspomniany wschód słońca oznaczał pobudkę o trzeciej w nocy i nie lada wydatek (jedyna możliwość wejścia o tak wczesnej porze łączy się ze śniadaniem w wykwintnym hotelu), ale obserwowanie niezliczonej ilości posągów Buddy i stup usadowionych na wielkiej świąyni w kształcie mandali wywarło na nas spore wrażenie.
Po powrocie do Jogjakarty tak nam się spodobało- wbrew opiniom, które słyszeliśmy wcześniej- jej centrum, że postanowiliśmy zostać jeden dzień dłużej niż planowaliśmy. Wąskie uliczki zapełnione kwietnikami i klatkami z ptaszkami, Pałac Wodny stanowiący dawne miejsce uciech sułtana, bazary pełne owoców i pamiątek oraz kliamtyczne knajpki nadają barwny koloryt temu miastu. Po dwóch dniach nastał czas na kolejne niesamowite atrakcje Jawy: wulkany. Pierwszym z nich był Mount Bromo, święta góra miejscowych hindusów, do której dotarliśmy po kilkunastu godzinach spędzonych w minibusie. Ponownie wstaliśmy o trzeciej żeby zobaczyć wschód słońca z pobliskiej góry, ale tym razem pobudka i wspinaczka aż tak się nie opłaciły, gdyż pogoda nie dopisała i chmury popsuły spektakl. Natomiast sam Bromo dymiący oparami siarki i stojący na środku ogromnego krateru stanowi widok iście księżycowy.
Jako, że nie skorzystaliśmy z wycieczki oferowanej nam przez naszego kierowcę dnia poprzedniego, byliśmy skazani na transport publiczny, co okazało się dużo bardziej skomplikowane niż zakładliśmy. Po dwóch godzinach oczekiwania na deszczu pod daszkiem wiaty przystanku nagle dotknęła nas klęska urodzaju: Ani udało się załatwić darmowy transport do stacji przesiadkowej z właścicielem restauracji,w której chwilę wcześniej zaoferowano jej przejazd taksówką, a do tego nadjechał od dawna wyczekiwany minibus. Wyniknęła z tego lekka draka: właścicielowi knajpy się oberwało, że odbiera klientów taksówkarzowi i kierowcy busa, a my wkurzyliśmy się, że ten ostatni próbuje z nas zedrzeć dwukrotność normalnej stawki na tej trasie. Ostatecznie przejechaliśmy połowę zaplanowanej trasy do kolejnego wulkanu i po długim spacerze w ulewnym deszczu spędziliśmy noc w podrzędnym hoteliku o szumnej nazwie „Grand Hotel”. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że pora deszczowa na Jawie jest nieubłagana.
Następnego dnia zajechaliśmy w pobliże wulkanu Ijen, ale tutaj brak transportu publicznego okazał się jeszcze bardziej dokuczliwy. Próbowaliśmy podłączyć się pod wycieczkę także nocującą w naszym hotelu (położonym nota bene na bardzo malowniczej plantacji kawy), ale z braku miejsc postanowiliśmy próbować szczęścia w hotelu położonym 7 km dalej. Część przeszliśmy, część przejechaliśmy autostopem, ale wracaliśmy i tak po ciemku. Ostatecznie z braku innych opcji stanęło na wynajęciu jeepa z kierowcą- o 2 w nocy pod wulkan i dalej na przystanek promowy w kierunku Bali. Przy wejściu na teren wulkanu okazało się, że z powodu wzmożonych wyziewów siarki możliwość wejścia do krateru została opóźniona o godzinę, a to uniemożliwia obejrzenie w ciemności największej tamtejszej atrakcji- niebieskich płomieni. Gdy podniesiono szlaban byliśmy pierwsi w kolejce i postanowiliśmy mimo wszystko spróbować zdążyć na ten spektakl, o którym wcześniej opowiadali nam Chilijczycy poznani na Sumatrze. Spociliśmy się niemiłosiernie prawie biegnąc przez 3 kwadranse pod stromą górę, podczas gdy z obu stron ciemność nieba rozrywały błyskawice. Na jedynym przystanku jaki na jaki sobie pozwoliliśmy dogoniła nas młoda Niemka z przewodnikem, co okazało się zbawienne- narzucili jeszcze mocniejsze tempo i bez trudu odnajdywali szlak. Gdy dotarliśmy do krateru opary siarki były już tak mocne, że nawet maski niewiele pomagały w oddychaniu, a gdy przewodnik krzyknął: „Mamy tylko kwadrans!” biegiem w 5 minut pokonaliśmy zejście oznaczone na pół godziny. Opłaciło się. Widok błękitnych języków palącej się siarki otoczonej gęstymi kłębami dymu był niesamowity (chociaż trudny do uchwycenia na fotografii). Kolejny zachwyt wywołało turkusowe jezioro ulokowane na dnie krateru wydobywające się z mroku na tle skał (ciekawostka dla chemików: jezioro jest tak kwaśne, że ma pH równe 1). Gdy zeszliśmy z powrotem na parking czekały nas jeszcze 2 godziny jazdy, potem godzina promem, 4 kolejne w ciasnym autobusie, dwie przejażdżki publicznymi minibusami po długich negocjacjach z kierowcami, aż wreszcie wylądowaliśmy na południu Bali, gdzie przebywamy do teraz.
Początkowo chcieliśmy tu posiedzieć tylko 1-2 dni, ale okazało się, że procedura przedłużenia wizy (jak dwa matołki nie sprawdziliśmy tej kwestii kupując w pośpiechu bilety lotnicze) jest bardziej skomplikowana i czasochłonna niż zakładaliśmy. To co na początku przeklinaliśmy okazało się błogosławieństwem. Wynajęliśmy skuter i przez ostatanie 3 dni odwiedziliśmy prawie wszystkie plaże na półwyspie Bukit, z których większość zrobiła na nas ogromnie pozytywne wrażenie. Niektóre z nich są tak wąskie, że żeby się na nie dostać trzeba przejść przez morze naokoło skalnych klifów, inne tak długie i szerokie, że nie widać ich końca. Większość z nich, może poza dwoma najbardziej popularnymi, ma jedną wspólną wspaniałą cechę: poza sezonem (czyli teraz) są prawie kompletnie puste! I tak na słodkim plażowym lenistwie, czytaniu książek, opalaniu się (wreszcie zapomnieliśmy o porze deszczowej) i jeżdżeniu skuterem minęły nam ostatnie 3 dni. Dzisiaj jedziemy na północ do Ubud, kulturalnej stolicy Bali, potem płyniemy na Lombok i idyliczne podobno wyspy Gili, aby powrócić na koniec lutego na Bali skąd lecimy już do Australii. Do usłyszenia!
Ps. Załączamy również zaległe zdjęcia ze Sri Lanki, których nie udało sie zamieścić ostatnim razem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *