Góry Chamar-Daban, czyli syberyjskie szczyty w trzech porach roku

Przejazd elektriczką z Irkucka do Sludianki, skąd mieliśmy wyruszyć w góry Chamar Daban, okazał się z jednej strony mniej spektakularny, ale z drugiej- bardziej wymagający niż zakładaliśmy. Przede wszystkim mieliśmy nadzieję na kilkugodzinne podziwianie widoków Bajkału, ale trasa dopiero na końcowym odcinku wiedzie nad samym jeziorem. Poza tym podróż uprzykrzał fakt, że w połowie drogi do naszego wagonu wszedł osobnik o tak przerażającym odorze, że skończyło się na otwieraniu na przestrzał wszystkich okien i ostatecznie na przenosinach wraz z wszystkimi bagażami w poszukiwaniu wolnych miejsc w innych wagonach.

 

Jednak największa atrakcja czekała nas na koniec. Gdy już zbliżaliśmy się do celu okazało się, że Sludianka, mimo iż jest stosunkowo małą miejscowością (ok. 20 tys. mieszkańców), posiada dwie stacje kolejowe: Sludianka 1 i Sludianka 2. Za oknem panowała już totalna ciemność  i gdy usłyszeliśmy w głośnikach „Sludianka adin”- założywszy, że automatyczny system informowania o nazwie następnego przystanku działa prawidłowo- zabraliśmy się do wysiadania. Puściliśmy z Leszkiem dziewczyny przodem, ale gdy zeszły one po bardzo stromych schodach na piaszczyste torowisko bez żadnych peronów ani oświetlenia i prawie nikt oprócz nas nie opuszczał składu, ogarnęły nas wątpliwości. Stojąc w rozkroku i blokując automatyczne drzwi zapytaliśmy podpitego jegomościa czy to już Sludianka,  a on bez zastanowienia zaczął machać ręką, że mamy pakować się z powrotem do pociągu. Jak się okazało był to przystanek Sludianka 2 oddalony od centrum o ok. 7 km drogi przez łąki, więc przedwczesna wysiadka oznaczałaby dla nas ponad godzinny spacer po odludziu w totalnej ciemności. Gdy wreszcie zajechaliśmy na odpowiednią stację wzięliśmy taksówkę i po dłuższej chwili znaleźliśmy się w jednym z bardziej oryginalnych hosteli w jakich mieliśmy okazję spać w naszym życiu. Otóż młode małżenstwo mieszkające z dwójką dzieci, sędziwą matką i całą gromadą kotów (na które, tak się składa, mam alergię) postanowiło wydzielić ze swojego mieszkania składającego się z trzech pokoi jeden z nich jako salę sypialną z trzema piętrowymi łóżkami. W pokoju oprócz nas spała jeszcze para Niemców co powodowało lekki ścisk, a każda wizyta w kuchni czy łazience oznaczała  aktywny i bezpośredni udział w życiu całej rodziny. Jej członkowie byli jednak tak bezpośredni, życzliwi i pomocni, że ani przez chwilę nie czuliśmy się jak intruzi. Na kolację zostaliśmy poczęstowani pysznymi naleśnikami z dżemem a pani domu łamaną angielszczyzną lub po rosyjsku za pośrednictwem Ani dawała nam rady dotyczące naszego planowanego wyjścia w góry.

Para Niemców była na tyle rozmowna, że na wymianie doświadczeń i planów na dalszą podróż zeszło nam do poźna, ale mimo tego o 7 rano byliśmy już na nogach. Wczesna pobudka okazała się nadaremna: za oknem padał rzęsisty deszcz i nic nie zapowiadało, aby miał ustać w najbliższej przyszłości. Postanowiliśmy go przeczekać i na trasę wychodziliśmy grubo po dziewiątej. Po opuszczeniu miasteczka i zameldowaniu naszego wyjścia w miejscowym odpowiedniku GOPR-u znaleźliśmy się na szlaku prowadzącym doliną rzeki, którą wielokrotnie przekraczaliśmy. Najczęściej oznaczało to przejście przez drewniany mostek, ale czasami trzeba było przeskakiwać na drugą stronę po chybotliwych kamieniach. Nie uszliśmy za daleko, gdy znowu zaczęło padać- tym razem, na szczęście, nie tak obficie jak rano. Humory mieliśmy raczej minorowe, szczególnie, gdy minęła nas grupa Rosjan w terenowym jeepie i pick-upie machając nam przyjaźnie przez szyby. Ich radość nie trwała jednak długo. Droga łącząca się momentami z naszym szlakiem zamieniła się nagle w kamienisty trakt ze sporymi głazami, co okazało się przeszkodą nie do przejechania dla pick-upa. Minęliśmy ich dziarskim krokiem, przy czym tym razem to my machaliśny im życząc powodzenia. Szliśmy wśród drzew w kolorach jesieni, ale nikt nie miał ochoty podziwiać widoków, gdy na głowę nieustannie sączyła się woda. Gdy doszliśmy do pierwszej turbazy (rosyjskie określenie górskiej bazy turystyczej skłającej się z kilku prostych drewnianych chatek) znajdującej się w połowie drogi do drugiej, docelowej, pojawił się nawet pomysł, żeby zostać tu na noc i darować sobie dalszą wędrówkę. Ośrodek był jednak zamknięty- domyśliliśmy się, że jego zarządca musiał pojechać z odsieczą nieszczęsnym pasażerom pick-upa starym wojskowym gazikiem, który minął nas kwadrans wcześniej.

Nie mając wyboru zarzuciliśmy plecaki, zaciągneliśmy na głowy kaptury i ruszyliśmy dalej. Nasz upór opłacił się. Już wkrótce deszcz ustał, a gdy pokonaliśmy kolejne dłuższe podejście,  zaczęliśmy iść, ku naszemu zdziwieniu, po kostki w świeżym śnegu. Mimo, że mieliśmy już wszyscy w czwórkę solidnie przemoczone buty, humor się nam natychmiast poprawił, a Ania stwierdziła, że jest to doskonała okazja do odśpiewania po raz pierwszy w tym roku nieśmiertelnego przeboju grupy WHAM pt. „Last Christmas”. Teraz był już czas (i ochota) na oglądanie zimowych krajobrazów i robienie zdjęć na tle zaśnieżonych iglaków, a szczególnie limba, zwana tutaj cydrem syberyjskim. W tak szampańskich nastrojach nawet się nie obejrzeliśmy, gdy dotarliśmy do górskiej stacji meteorologicznej i znajdującej się obok turbazy, gdzie planowaliśmy nocleg.

Obsługa bazy składała się z Julii, sympatycznej i zażyłej pani około pięćdziesiątki i jej pomocnika Żenii, na oko czterdziestoletniego bruneta o wyglądzie Janka-muzykanta. Julia zaprowadziła nas do naszego domku składającego się ze starodawnej kozy, palnika gazowego, stołu oraz sienników z gąbki na piętrze. Był to dla nas w tej chwili szczyt luksusu, a myśl o ciepłym piecyku i zupce chińskiej (Justyna i Leszek jako wytrawni taternicy mieli ze sobą tzw. „liofy”, czyli dania liofilizowane) wywoływała uśmiech na twarzy. Julia pokazała nam także drewniany wychodek na skraju lasu, do którego wiodła ścieżka wydeptana w głębokim śniegu oraz drewutnię, gdzie możemy narąbać sobie drewna do kozy i poradziła szybko pozajmować legowiska zanim dotrą inni ludzie, których nam dokwateruje.

Porąbanie dużych pieńków nie stanowiło dla Leszka wielkiego problemu (okazało się, że ma w tej dziedzinie spore doświadczenie), Ania harcerskim sposobem naskrobała swoją nieśmiertelną finką cienkie paski drewna,  ale rozpalenie w kozie nie było już prostym zadaniem. Za każdym razem gdy wreszcie pojawiał się ogień w piecu (i iskierka nadziei w naszych oczach) po chwili gasł on bezlitośnie. Po niecałej godzinie od przyjścia nadal siedzieliśmy w zimnej chatce, a przemoczone buty coraz bardziej dawały się we znaki. Wreszcie nadeszli pierwsi Rosjanie z grupy, którą mijaliśmy po drodze. Weszli, przywitali się i poczęstowali nas wódką domowej roboty z piersiówki („Siberian whisky”– tłumaczyli ze śmiechem). Jeden z nich podszedł do kozy, trzask-prask i usłyszeliśmy buzujący w środku ogień. Jaka była nasza radość! Rozsiedliśmy się przy stole z jedzeniem i w najlepsze żartowaliśmy z nowoprzybyłymi. Po dłuższej chwili dotarła reszta z nich i zrobiło się trochę niezręcznie, bo oczywistym było, że nie zmieścimy się wszyscy w jednej chatce. Wpadła Julia i oświadczyła, że nas przeprasza, ale nie wiedziała ile osób przyjdzie i w takim razie całą grupę Rosja umieści tu razem, a nas w innym domku. Na tą wiadomość trochę się zagotowaliśmy. Teraz zbierać rozłożone już śpiwory, maty samopompujące, pakować rozbebeszone plecaki, a co najgorsze: na nowo rąbać drewno i męczyć się znów z jego rozpaleniem? Krew nas zalewała, ale co począć. Dokończyliśmy jedzenie, zebraliśmy nasze toboły i ruszyliśmy przez śnieg za Julią.

Nowa kwatera była dużo przytulniejsza od poprzedniej- była to połowa większej chaty, składała się z trzech łóżek (w tym jedno piętrowe i jedno podwójne) i mieliśmy ją całą dla siebie. Okazało się też, że drewno leży już porąbane. Teraz tylko pozostawało rozpalić ogień.

-Widziałem jak to zrobił ten Rosjanin- uspokajał nas Leszek- Cały sekret w tym, żeby od razu zamknąć drzwiczki i wtedy piec łapie cug.

I rzeczywiście- nie minął kwadrans a po chatce roznosiło się przyjemne ciepło. Widać w tych okolicach przemoczone ubrania i buty to norma, bo nad kozą wisiała przemyślna plątanina drewienek i siatek idealna do suszenia wszystkiego czego dusza zapragnie. Rozwiesiliśmy więc na niej buty, wkładki, skarpetki i stup-tuty mając pewność, że do rana wszystko będzie suche. Rozsiedliśmy się wygodnie na łóżkach i plastikowych fotelach będacych na wyposażeniu chaty i popijaliśy piwo rozlewane z dwulitrowych plastikowych butelek- jedyny produkt dostępny w turbazie poza sezonem, jak tłumaczył nam Żenia. Już wkrótce zapadłem w przyjemną poobiednią drzemkę i na wpół przytomny słyszałem tylko jak do naszej kwatery wpada lekko przestraszona Rosjanka z pytaniem o swoje rzeczy, które tu zostawiła wychodąc rano.

-Przeniosłem je wszystkie do kwatery obok- wytłumaczył jej Żenia bez cienia zażenowania w głosie.

Wieczór upłynął nam na planowaniu trasy na kolejny dzień, którą miało być wejście na Pik Czerskiego (2090 m n.p.m.), górę nazwaną na cześć Polaka, jednego z najwybitniejszych badaczy regionu Przybajkala. Ania naczytała się, że na szczyt prowadzi ostra i niebezpieczna grań, której przejście należy sobie kategorycznie odpuścić jeśli spadnie śnieg. Autrzy przewodnika wspominali też o chwilowych ekspozycjach (dla niezorientowanych: odcinek szlaku z widokiem na spory uskok lub przepaść), co przy Ani lęku wysokości ostatecznie utwierdziło ją w przekonaniu, że gra nie jest warta świeczki. Na szczęście Leszek był zupełnie odmiennego zdania, więc wywiązała się długa dyskusja, po której ustaliliśmy, że pójdziemy razem tak daleko jak damy radę i najwyżej zawrócimy z Anią, a oni z Justyną pójdą dalej.

W tym momencie należy wtrącić kilka słów wyjaśnienia jaki poziom zaawansowania, jeśli chodzi o turystykę górską, prezentują Justyna i Leszek. Otóż wspinają się oni wyczynowo od wielu lat, zarówno po skałkach w okolicach Kielc jak i po najwyższych ścianach Tatr, a na koncie mają także zimowe wspinaczki w tychże górach oraz samodzielne (bez przewodnika) zdobycie Mont Blanc, najwyższego szczytu Europy. Wiedzieliśmy więc, że jesteśmy w dobrych rękach. Oprócz tego zasypywaliśmy ich przy każdej możliwej okazji lawiną pytań m.in. o ich dotychczasowe wyczyny, techniki wspinania, sprzęt oraz trekking zimowy, a oni cierpliwie i wyczerpująco zaspokojali naszą ciekawość. Umówiliśmy się też, że po naszym powrocie do kraju wybierzemy się razem w Tatry, najlepiej zimą.

Nastęnego ranka wstaliśmy w doskonałych nastrojach. Buty już suche, za oknem błękitne niebo, słońce odbijające się w śniegu, przypruszone świerki i skaliste szczyty. Zjedliśmy śniadanie, w plecakach zostawiliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyliśmy na trasę. Początkowo szlak wiódł przez tajgę, podejście było dość forsujące a topniejący śnieg powodował, ze już niedługo nasze buty znowu zaczynały nasiąkać wodą. Po około półtorej godziny wyszliśmy na ośnieżoną polanę, a naszym oczom ukazał się upragniony szczyt wraz z długą i urywaną granią prowadzącą na niego z wcześniejszego, niższego wierzchołka. Mimo moich obaw Ania stwierdziła, że z tej perspektywy nie wygląda to tak groźnie jak się spodziewała, co pozwalało mieć nadzieję, że dotrzemy na szczyt. Wkrótce minęliśmy pierwszy szczyt i zaczęliśmy przemierzać grań, która była zaopatrzona w stalową linkę bezpieczeństwa na pełnej długości. Ania z Leszkiem ruszyli przodem, a Justyna i ja zamykaliśmy naszą grupę. Na początku każdy krok stawialiśmy z wzmożoną ostrożnością, bo ośnieżone głazy i kilkunastometrowe uskoki po bokach działały na wyobraźnię, ale szybko poczuliśmy się pewnie i zwiększyliśmy tempo. Wzajemna pomoc sprowadzała się głównie do wskazówek przy wysokich skałach gdzie najlepiej stawiać kroki i uwag Leszka, aby bez przerwy trzymać linkę zabezpieczającą w obu dłoniach.

Już wkrótce stanęliśmy po kolana w śniegu na upragnionym Piku Czerskiego, oznaczonym krzyżem, flagą i tablicą upamiętniającą żołnierzy jednostki specjalnej. Pogoda nadal dopisywała, słońce świeciło ostro a na horyzoncie wisiały pojedyncze chmury, dzięki czemu widoczność była znakomita. Od zachodu otoczały nas wzgórza Sajanów Zachodnich ciągnących się od Krasnojarska aż po Ułan Bator, natomiast od północnego wschodu błyskał błękit Bajkału, nad którego brzegiem w oddali zobaczyliśmy ośnieżone szczyty. Nie mogliśmy ustalić jakie to góry, bo z mapy wynikało, że najbliższe są oddalone od nas o kilkaset kilometrów.  Z pewnym niedowierzaniem podeszliśmy do stojącego nieopodal Rosjanina z pytaniem o nazwę tychże gór. Bez wahania potwerdził nasze przypuszczenia i wyjaśnił, że powietrze jest tu tak czyste, że przy słonecznej pogodzie i ujemnej temperaturze można zobaczyć tak odległe góry. Aura sprzyjała także robieniu zdjęć, a nigdzie się nam nie spieszyło, więc urządziliśmy sobie długą sesję fotograficzną z polską flagą przywiezioną z kraju (jej efekty możecie obejrzeć w zakładce „Zdjęcia” niniejszego bloga lub na naszym fanpage’u na FB).

Zeszliśmy z powrotem tą samą trasą po grani, tym razem dużo bardziej rozluźnieni i pewni siebie. Paradoksalnie to wtedy właśnie, gdy na pozornie łatwym odcinku puściłem metalową linkę na topniejącym śniegu poślizgnęła mi się noga i niewiele brakowało, a pokulałbym się po stromym zboczu grani w kierunku jeziora w kształcie serca. Gdy doszliśmy do rozwidlenia szlaków na skraju lasu dziewczyny postanowiły- głównie z powodu przemoczonych butów- wracać do turbazy, a my z Leszkiem stwierdziliśmy,  że jeszcze nam mało i odbiliśmy w kierunku przełęczy Czarcie Wrota. Wcześniej widzieliśmy ją z Piku Czerskiego- jej położenie obok górskiego jeziora i pomiędzy dwoma szczytami odgradzającymi całą dolinę obiecywało wspaniałe widoki.

Ruszyliśmy dziarskim krokiem w dół doliny- wiedzieliśmy, że czeka nas mocne zejście, a następnie podejście na podstawie wcześniejszych obserwacji oraz opisu w przewodniku, który mówił o ponad kilometrze przewyższeń, licząc od naszej bazy. Kiedy jednak po kilkudziesięciu minutach nadal schodziliśmy stronym wąwozem rzeczki zaczęło nas to niepokoić. Gdy Leszek wyciągnął swojego GPS-a i okazało się, że jesteśmy na tej samej wysokości co turbaza, wiedzieliśmy, że pobłądziliśmy (mapy górskie na GPS-a są w Rosji ciężko dostępne, a szlaki nie są w ogóle oznaczone) i zeszliśmy zbyt nisko. Postanowiliśmy przeskoczyć w pierwszym dogodnym miejscu rzeczkę i kierować się przez śnieg na azymut w kierunku, który wydawał nam się słuszny. Po około kwadransie doszliśmy do wydeptanego szlaku i wiedzieliśmy, że jesteśmy z powrotem na właściwych torach. Po godzinie marszu dotarliśmy na miejsce. Rzeczywiście widok był spektakularny i gdy tak staliśmy z Leszkiem zapatrzeni, od drugiej strony przełęczy podeszli do nas dwaj rosyjscy piechurzy w gumofilcach (popularne tutaj i, jak się dobrze zastanowić, bardzo praktyczne obuwie górskie) i z wielkimi plecakami pamiętającymi lepsze czasy. Pierwszy z nich powitał nas zdawkowo i minął nie obejrzawszy się nawet za siebie, aby spojrzeć na krajobraz po osiągieciu celu wielogodzinnego marszu. Drugi z nich okazał się bardziej rozmowny. Zagadnięty przystanął przy nas, powiedział, że są ze swoim kompanem od 9 dni na szlaku i pokazał na mapie imponującą trasę jaką pokonali. Fakt, że intensywnie pachniał on ogniskiem, a w ręce trzymał siatkę pełną świeżo narwanych jagód i porzeczek tylko utwierdził nas w przekonaniu,  że mamy do czynienia z nie lada wędrowcami.

Gdy wróciliśmy do naszej kwatery dziewczyny przysypiały na łóżkach przed rozpaloną kozą. Widząc zaskoczenie na naszych twarzach wyjaśniły z uśmiechem, że w piecu napalił im Żenia, gdy tylko zobaczył nasz brak, po czym przyniósł jeszcze w prezencie litrowy karton wina stołowego. Jako, że praktycznie od początku naszej znajomości z Justyną i Leszkiem wiedzieliśmy, że nadajemy na tych samych falach, wieczór upłynął bardzo przyjemnie na opowieściach górskich, instruktażu wspinaczkowym i dyskusjach o książkach Hemingwaya i Kapuścińskiego.

Następnego ranka po śniegu nie było już prawie śladu. Gdy zaczęliśmy schodzić do Sludianki zaczepiła nas jeszcze na odchodnym dość dziwna pani w średnim wieku, ubrana jakby wybrała się na zwiedzanie centrum Moskwy a nie wycieczkę górską: w beret z daszkiem, pikowany płaszcz, jeansy i kozaki. Nie bardzo wiedzieliśmy czego od nas chce, bo powtarzała kilkakrotnie pytanie czy idziemy w kierunku Sludianki mimo naszego każdorazowego potwierdzenia. Śmialiśmy się, że próbuje ona poderwać Leszka i poszliśmy dalej. W drodze powrotnej mieliśmy okazję podziwiać syberyjską jesień w najpiękniejszej odsłonie. Drzewa mieniły się wszystkimi odcieniami żółci, zieleni, czerwieni i brązu. Słońce świeciło nieprzerwanie, a wody strumyka wesoło odbijały promienie migotając nam w twarz. Dochodząc do miasteczka zamelodwaliśmy nasz powrót z gór strażnikowi GOPR-u, którego nieopatrznie narkryliśmy na oglądaniu filmu erotycznego mającego miejsce wśród ludów pierwotnych.

Gdy wróciliśmy do naszego „rodzinnego” hostelu okazało się, że cały pokój sypialny jest zajęty przez jedną Niemkę i mającą wkrótce dotrzeć piątkę panów z Singapuru, ale możemy się przespać w pokoju dziecięcym- Justyna i Leszek na łóżku piętrowym, a my z Anią na matach rowniętych na podłodze. Jako, że było dopiero wczesne popołudnie postanowiliśmy wziąć pierwszy od trzech dni prysznic,  zjeść obiad z zakupionych wcześniej produktów i wybrać się nad Bajkał na zachód słońca. Gdy szliśmy w stronę jeziora okazało się, że Sludianka, którą wcześniej widzieliśmy tylko w nocy przez okna taksówki obfituje w proste drewniane domki z bogatymi zdobieniami drzwi i okien, które mieliśmy już okazję podziwiać w Irkucku. Oznaczało to, że Ania z Justyną zatrzymywały się, aby sfotografować prawie każde domostwo z kolei, my szliśmy z Leszkiem daleko z przodu, a wizja tego, że zdążymy na zachód słońca oddalała się coraz bardziej. Po drodze zahaczyliśny jeszcze o aptekę (Leszkowi od kiku dni dokuczało przeziębienie),  dworzec kolejowy, aby kupić bilety na nazajutrz, których jednak nie zakupilśmy ponieważ zapomniałem niezbędnego do ich wykupu paszportu (Justyna z Lesziem wracali do Irkucka, skąd mieli wykupione bilety do Ułan Bator, a my do jechaliśmy do Ułan Ude, skąd dalej zamierzaliśmy przedostać się autobusem do Mongolii) i supermarket, aby zaopatrzyć się w piwo. Gdy wreszcie dotarliśmy nad Bajkał słońce chowało się już za górami, ale nie bardzo żałowaliśmy, że nie pojawiliśmy się tam wcześniej. Żwirowe wybrzeże na długości całego miasteczka otoczone było niskim betonowym murkiem, gdzieniegdzie walały się śmieci, a miejscowe dzieciaki bawiły się rzucając różnymi przedmiotami w śpiącego na plaży menela. Nie zrażeni tym faktem usiedliśmy na betonowej płycie blisko wody, otworzyliśmy piwa i wpatrywaliśmy się w toń jeziora. Nagle jak spod ziemi pojawiła się obok nas dziwna pani spotkana przy wyjściu z turbazy i znowu zaczęła zadawać niezrozumiałe pytania, mimo naszego braku zainteresowania. Żeby tego było mało śpiący dotąd menel obudził się, pociągnął spory łyk wódki i śliniąc się i sepleniąc coś pod nosem zaczął zmierzać w naszą stronę. Na szczęście fakt ten lekko onieśmielił naszą prześladowczynię, która oddaliła się na pewną odległość, a żul zatrzymał się w pół drogi. Nie czekając zbyt długo na dalszy rozwój wypadków dokończyliśmy piwo i ruszyliśmy do hostelu.

Wczesnym rankiem pojechaliśmy zamówioną taksówką na dworzec, po raz drugi pożegnaliśmy się z Justyną i Leszkiem (tym razem do czasu Ułan Bator, gdzie umówiliśmy się na wspólną wyprawę po Mongolii) i każdy ruszył w swoją stronę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *