Full India power!

Długo nas nie było, gdyż niecałe trzy tygodnie temu dołączył do nas od dawna wyczekiwany Marcin, brat Ani (przez przyjaciół i znajomych zwany Cinkiem, więc tak go będziemy odtąd tytułować) i naprawdę wiele się przez ten czasu wydarzyło, program mieliśmy napięty a dostęp do internetu utrudniony. Indie zapewniły nam po raz kolejny (Cinkowi po raz pierwszy) cały wachlarz zarówno pozytywnych jak i skrajnie negatywnych wrażeń: od zachwytu nad kolonialną architekturą Bombaju i niesamowitością starożytnego Hampi, relaksem na plażach na Goa i w Kerali oraz pływaniem wynajętą łodzią po tropikalnych kanałach aż po noc spędzoną na chodniku Bombaju wśród szczurów i bezdomnych, dwudniową przeprawę przez Bangalore (które szczyci się mianem technologicznego serca Indii, a w naszych oczach jest chyba najmniej przyjemnym miastem na subkontynencie) i noc w autobusie, gdy obsługujący go młodzian zapomniał nas obudzić na naszym przystanku i straciliśmy pół dnia na powrót do miejsca docelowego.

Nie wspominając o takich sprawach jak palce rozcięte przez wentylator pod sufitem czy wieczne naciąganie na pieniądze i traktowanie nas przez Hindusów jak chodzące świnki-skrbonki. A teraz do szczegółów.
Cinek wylądował w Bombaju 18 grudnia, odebraliśmy go z lotniska z pięknym napisem „Sir Marcin Przybylak”, zapakowaliśmy się w rikszę, następnie w pociąg podmiejski i wysiedliśmy na południowym krańcu miasta. To co zobaczyliśmy po wyjściu ze stacji wprawiło nas wszystkich w szok- tylko z zupełnie przeciwnych powodów. Cinka uderzyła bieda, brud i ilość bezdomnych na ulicach (jak chyba każdego przybysza przy pierwszej wizycie w Indiach), a nas zaskoczył brak riksz i krów na ulicach, względny porządek w porównaniu z północą kraju i żółto-czarne staromodne taksówki na tle pięknych kolonialnych budynków. Później okazało się, że tak wygląda głównie stara i najbardziej turystyczna część tej siedemnastomilionowej metropolii, ale nie zmienia to faktu, że była to bardzo przyjemna odmiana.
W ciągu czterech dni w Bombaju zobaczyliśmy bogate w zbiory i ciekawe muzea, popłynęliśmy na wyspę Elephanta z jaskiniami z ogromnymi kamiennymi rzeźbami hinduskich bogów i spacerowaliśmy po miejskiej plaży i wzgórzach Malabarskich z wystawnymi posiadłościami. Owiedziliśmy także grobowiec Hadżi Alego, islamskiego mistyka położony na wysepce połączonej z brzegiem długim betonowym molo, największą pralnię jaką widzieliśmy w życiu i bary tak nowoczesne i eleganckie, że nie powstydziłby się ich Londyn czy Nowy Jork.
Gdy nadszedł wieczór przejazdu na Goa spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy podmiejską kolejką w miejsce odjazdu autobusu. Wysiadanie z pociągu okazało się lekko traumatyczne dla Cinka, gdyż z powodu tłoku Hindusi wskakujący do składu jeszcze przed jego zatrzymaniem prawie mu wybili zęby. W wyznaczonym punkcie czekaliśmy- siedząc na chodniku przed pośledniejszym hotelem- godzinę, dwie, trzy, nieustannie zapewniani, że autobus ma opóźnienie, ale niedługo nadjedzie. Ostatecznie mnie około trzeciej w nocy zmorzył sen, a Ania z Cinkiem postanowili przesiąść się na murek nieopodal z powodu szczurów biegających w moim otoczeniu. Autokar w ogóle się nie pojawił, rano postanowiliśmy kupić nowy bilet u konkurencji i wieczorem po stracie całego dnia wreszcie znaleźliśmy się w Panjim, stolicy Goa, gdzie postanowiliśmy spędzić Wigilię.
Następnego dnia wybraliśmy się na plażę w Arambol, od kilkudziesięciu lat mekce hippisów, o którą teraz zażarcie rywalizują z nimi rosyjscy turyści. Dzień spędzony nad brzegiem morza opalając się i kąpiąc niezwykle nas odprężył i pozwolił zapomnieć o przejściach dnia poprzedniego. Największym przeżyciem był jednak widok ubranych na kolorowo długowłosyh ludzi w różnym wieku z wielu krajów świata, którzy po zmroku rozłożyli wzdłuż plaży kramiki z własnymi wyrobami, oferując wróżby, tatuaże i grając na gitarze wokół ogniska- myśleliśmy, że takie skupiska hippisów dawno już przeszły do historii.
W Wigilię odwiedziliśmy Old Goa, wieloletnią stolicę Indii Portugalskich, która teraz może pochwalić się największą katedrą chrześcijańską w Azji oraz wieloma innymi kościołami w różnym stanie rozkładu i ciałem św. Franciszka Ksawerego. Relikwie tego ostatniego raz na dziesięć lat są wystawiane na widok publiczny, a że akurat wypadło na grudzień 2014 roku mieliśmy okazję spędzić mnóstwo czasu w różnorakich kolejkach do kontroli bezpieczeństwa, aby na koniec przejść obok szczątków świętego. Wigilijną kolację z opłatkiem, składaniem życzeń i wymianą prezentów spożyliśmy w rodzinnej restauracji w Panjim, urokliwym mieście pełnym portugalskiej architektury kolonialnej. Pasterka po angielsku odprawiona przed świątynią jak z filmów z Zorro, ze śpiewami i oświetlona lampionami przywodziła na myśl bardziej Amerykę Południową niż Indie.
Rano udaliśmy się do Palolem, jednej z najbardziej popularnych plaż na Goa, gdzie w towarzystwie zapoznanych Polaków (gorąco pozdrawiamy panią Teresę, braci Dworniczek i pana Mariana) długoterminowych lokatorów Goa świętowaliśmy przy porto moje urodziny oraz kilka dni leniliśmy się na słońcu. Kolejnym przystankiem było Hampi- starożytna stolica imperium Widźajanagar, jednego z największych w historii Indii. Piękne ruiny świątyń w połączeniu z wielkimi skałami tworzącymi księżycowy krajobraz i wszechobecymi palmami i bananowcami tworzą niesamowitą mieszankę. Z żalem serca wyjeżdżaliśmy stamtąd w kierunku Kerali, ale zanim tam dotarliśmy czekało nas półtorej doby w trasie z przesiadką we wspomnianym już Bangalore. Mimo najszczerszych chęci ciężko nam powiedzieć o tym mieście miłe słowo, więc najlepiej to przemilczeć.
Do Koczi, głównego portu Kerali mieliśmy dotrzeć autobusem nocnym z Bangalore nad ranem, ale młody chłopiec sprawdzający bilety i informujący o kolejnych przystankach zapomniał nas obudzić i choć zapewniał nas, że jesteśmy jedyne 30 km za Koczi okazało się, że jest to raczej 150 km. Ostatecznie dotarliśmy na miejsce lokalnym autobusem na wpół przytomni i w niemiłosiernym upale, a na zakończenie naszej dwudniowej epopeji czekało nas długie szukanie jakiegokolwiek noclegu w przystępnej cenie. Koczi ze swoją portugalską zabudową, wymyślnymi chińskimi sieciami rybackimi, pięknie zachowaną dzielnicą żydowską i holenderskim pałacem zdecydowanie nas urzekło, ale obchody Sylwestra trochę nas rozczarowały. Poza widowiskowym spaleniem kukły starego roku na plaży miejskiej, fajerwerków puszczanych bez ładu i składu oraz panem, który w towarzystwie Ani i Cinka złożył mi bardzo niedwuznaczną propozycję nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Bardziej hucznie celebrowany był Nowy Rok kiedy na ulice miasta wyszły procesje religijne, pochody karnałowe z licznymi platformami, słoniem i konkursem drag queen, wśród których były takie perełki jak mężczyzna przebrany za Matkę Teresę z Kalkuty z Dzieciątkiem na ręce. Trafiliśmy też na występ lokalnego didżeja, na którym tłum Hindusów skakał tak gorączkowo, że poczuliśmy się jak na najlepszych koncertach na Openerze w Gdyni- z tą tylko różnicą, że tam nam nikt nie robi ciągle zdjęć z fleszem i wciąga za rękę do wspólnego tańca.
Kolejnym etapem naszej podróży było pływanie po Backwaters, sieci niezwykle malowniczych kanałów, rzek i jezior wynajętą na dwie doby łodzią mieszkalną (po angielsku: houseboat) z kapitanem i kucharzem do naszej dyspozycji. Gdy w leniwym tempie rozparci na fotelach i leżankach mijaliśmy rzędy palm, kolejne wioski i sporadyczne kolonialne kościoły przy akompaniamencie miejscowej muzyki oraz starych amerykańskich przebojów czuliśmy się niczym gwiazdy filmowe na prywatnym jachcie. Na ziemię sprowadziła nas pożegnalna kłótnia z naszym dotychczas bardzo miłym kapitanem, który wprost zażądał sowitego napiwku mimo wygórowanej ceny wynajmu łodzi ustalonej z jego bratem.
Po dwóch przesiadkach autobusem dotarliśmy nareszcie do naszej aktual obecnej lokalizacji, czyli plaży w Varkali. Na jej krajobraz składa się malownicza plaża otoczona ognistoczerwonymi klifami porośnietymi palmami i usłanymi knajpkami j sklepikami z pamiątkami. Najpiękniejsze jest jednak to, że na klify nie mają wstępu motory, riksze, o innych środkach transportu nie wspominając co przy skłonności Hindusów do nieustannego trąbienia jest faktem nie do przecenienia. Tak więc od dwóch dni relaksujemy się na plaży pływając na zmianę na tzw. body board, czyli małej desce, która podłożona pod klatkę piersiową pozwala się ześlizgiwać z fal jak na surfingu. Wierzcie nam, zabawa jest pierwszorzędna!
Niestety nic nie może trwać wiecznie- Cinek jutro nas opuszcza i wraca do Polski. My planujemy z Anią spędzić jeszcze kilka dni na plaży w Kovalam, a następnie jechać do Maduraju, skąd wylatujemy 12. stycznia na Sri Lankę. Tam czekają nas kolejne odwiedziny, tym razem Ani Mamy oraz Kasi, naszej przyjaciółki wraz z jej Mamą, ale o tym szerzej w następnym odcinku.
Na koniec korzystając z okazji chcieliśmy życzyć Wam wszystkim, aby rozpoczęty 2015 rok był pełen radości, uśmiechu, dalekich i bliskich podróży, spełniania wszelkich (nawet najbardziej nietypowych) marzeń i oczywiście miłości! Mamy jednocześnie nadzieję, że nadal będziecie nam towarzyszyć w naszej podróży, a koleje Święta Bożego Narodzenia i Sylwestra spędzimy już razem.
Ps. Dziękujemy za wszystkie otrzymane życzenia świąteczne, urodzinowe oraz noworoczne i przepraszamy, że nie daliśmy rady na wszystkie odpisywać na biężąco- postaramy się to nadrobić w najbliższym czasie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *