Ekwador w pigułce, czyli perła architektury, z rowerem wśród wodospadów i pierwsza wizyta w Amazonce

Ekwador (co po hiszpańsku znaczy po prostu „równik”), był drugim- po Kolumbii- krajem Ameryki Południowej, który odwiedziliśmy, ale dopiero w nim w pełni poczuliśmy, że jesteśmy już na innym kontynencie. Ludzie o zdecydowanie ciemniejszym kolorze skóry, andyjskich rysach i często ubrani w tradycyjne regionalne stroje (panie w ciemnych, długich spódnicach, białych koszulach i z kapeluszami na głowie, panowie w ponczo, kowbojskich kapeluszach i z długim czarnym warkoczem opadającym na plecy) początkowo stanowili dla nas nie lada atrakcję, ale z czasem w zupełności do nich przywykliśmy. Na dobre zmieniło się też ukształtowanie terenu: pasma górskie otaczały nas teraz ze wszystkich stron, a w trakcie przejazdów autobusami krajobrazy za oknem zmieniały się tak gwałtownie, że trudno było się odkleić od szyby. Mieliśmy tylko 10 dni, aby się nacieszyć Ekwadorem, ale z powodu stosunkowo niewielkich odległości pomiędzy miastami i świetnym radom gospodarza naszego hostelu w San Agustin, w południowej Kolumbii nasz pobyt tam okazał się niezwykle intensywny i obfitujący w nowe wrażenia.

Zaczęło się od położonej tuż za granicą z Kolumbią niewielkiej miejscowości Tulcán , której największą atrakcję stanowi cmentarz porośnięty przez dziesiątki drzew cyprysowych kunsztownie przyciętych w fantazyjne kształty: poczynając od zwierząt przez wizerunki indiańskich bogów aż po łuki i inne struktury architektoniczne. Kolejnym przystankiem było Otavalo, miasto słynące z największego w kraju targu, na którym rdzenni mieszkańcy tych regionów sprzedają swoje wyroby. Gdy dotarliśmy do miasta późnym wieczorem okazało się, że autobus nie wjeżdżał do centrum miasta, więc wyskoczyliśmy na Panamericanie (sławnej trasie łączącej północne i południowe krańce kontynentu) i szczęśliwym trafem (oraz dzięki Ani intuicji) znaleźliśmy się tuż przed wejściem do zajazdu urządzonego w alpejskim stylu. Gdy wybraliśmy się koło dziesiątej wieczór obejrzeć miasto i zjeść coś na kolację spotkało nas spore rozczarowanie: ulice zupełnie wyludnione, większość sklepów i restauracji pozamykana na cztery spusty, a na głównym rynku ani śladu targu tylko kilka stoisk z jedzeniem, uliczny grajek, bezpańskie psy i chłopak wąchający klej na ławce. Zjedliśmy kilka sztuk mięsa nabitych na długie patyki (potrawa przewijająca się prawie pod każdą szerokością geograficzną) i wróciliśmy do pokoju spać z postanowieniem, że jeśli nazajutrz miasto będzie wyglądać podobnie wcześnie z rana udamy się do Quito. Stało się wprost przeciwnie. Gdy ponownie znaleźlismy się na ulicach Otovalo były one pełne dzieci w mundurkach szkolnych wesoło się do nas uśmiechających oraz dorosłych, spośród których niektórzy oferowali nam pomoc w znalezieniu drogi. Natomiast na rynku znaleźliśmy się w kompletnie innym świecie: był on pełen straganów z drewnianymi i kamiennymi rękodziełami, różnokolorowymi szalami, ponczo i swetrami z wełny alpaki, lokalną biżuterią i instrumentami muzycznymi. Wszystko było tak ładne i dobrej jakości, a sprzedawcy tak nienachalni, że dla Ani był to raj dla ziemi, ale także dla mnie- człowieka, który zazwyczaj nie znosi „shoppingu”- była to spora przyjemność. Po zakupie szalów, pasków i drewnianej maski indiańskiej do naszej kolekcji udaliśmy się na drugi rynek w mieście- tym razem głównie z artykułami spożywczymi. Gdy nacieszyliśmy oczy widokiem świeżych warzyw, owoców, mięs i ryb (a Ania zrobiła dziesiątki zdjęć) zjedliśmy obiad i późnym popołudniem złapaliśmy na Panamericanie autobus do Quito (co wcale nie było łatwym zadaniem).
W stolicy kraju ponownie znaleźliśmy się po zmroku, a dotarcie do celu oznaczało krótką jazdę taksówką na inny terminal, prawie godzinną podróż miejskim autobusem (Quito przypomina kształtem wąską, ale bardzo długą łódkę wciśniętą pomiędzy dwa pasma górskie) oraz spacer z plecakami w poszukiwaniu naszego hostelu. Następny dzień był rekordowy pod względem natężenia zwiedzania oraz ilości innych atrakcji (każdy, kto zna styl zwiedzania mojej Mamy wie, że będzie z nas dumna). Zaczęło się od kolejnego w naszym wykonaniu „free walking tour” (spacer z przewodnikiem po mieście, gdzie jedyną formą opłaty są dobrowolne napiwki na koniec) prowadzego przez Obiego, młodego i bardzo energetycznego chłopaka w dredach, który oprócz pokazania najważniejszych zabytków zaznajomił nas pokrótce z najpopularniejszymi daniami i owocami Ekwadoru (naturalne soki należą tam do najlepszych jakie dotąd piliśmy), zwyczajam i historią kraju (opowiadał nam m.in. o prezydencie, który po kilku występach na koncertach rockowych z roznegliżowanymi paniami został uznany przez parlament za „niesprawnego psychicznie” i usunięty z urzędu) oraz okrasił to wszystko mniej lub bardziej udanymi dowcipami. Sama stara część Quito jest niesamowicie widowiskowa- wiemy, że w ostatnich kilku wpisach zachwycaliśmy się już innymi kolonialnymi miastami, ale wierzcie nam, że stolica Ekwadoru figuruje bardzo wysoko w naszym prywatnym rankingu. Niech o bogactwie tamtejszej architektury świadczy chociażby fakt, że na przestrzeni kilku przecznic od centralnego placu znajduje się sześć ogromnych świątyń katolickich (katedra oraz pięć głównych zakonów), a jedna nich- La Compañia de Jesús należąca niegdyś do jezuitów jest ozdobiona 53 kilogramami szczerego złota. I to właśnie tam skierowaliśmy swoje kroki po tym, gdy zakończył się trzygodzinny spacer z przewodnikiem i zjedliśmy lunch w towarzystwie innych jego uczestników. Jako że w cenie wstępu było zawarte zwiedzanie z angielskojęzycznym przewodnikiem wysłuchaliśmy ciekawego wykładu o świątyni stanowiącej nietypowe połączenie stylu barokowego, mauretańskiego i elementów lokalnych. Przy czym praktycznie całe wnętrze jest zdobione wspomnianymi płatkami złota, co robi oszałamiające (żeby nie powiedzieć „oślepiające”) wrażenie. Okazało się też, że za niewielką dopłatą można wejść na dach świątyni skąd roztaczał się widok na całą starówkę oraz na wąski balkon wewnątrz jednej z wysokich kopuł- tutaj Ania wykała się większą odwagą, gdyż mi zakręciło się w głowie na widok marmurowej posadzki kilkadziesiąt metrów niżej.
Kolejnym punktem napiętego programu była wizyta w pałacu prezydenckim, udostępnionym dopiero od kilku lat do zwiedzania. Postępowy przywódca kraju (znany między innymi z legalizacji związków gejowskich czy kontrowersyjnego planu ratowania lasu amazońskiego poprzez światową zbiórkę pięniedzy w zamian za niewydobywanie zjajdującej się tam ropy) oprócz budynku z okazałymi salami wystawił na widok publiczny także wszystkie swoje dyplomy, tytuły honoris causa oraz prezenty od światowych przywódców, więc było co oglądać. Tam też zostaliśmy oprowadzeni przez przewodniczkę, a na koniec otrzymaliśmy w prezencie nasze wydrukowane zdjęcie sprzed prezydenckiej fontanny.
Gdy wróciliśmy do hostelu wyczerpani, ale zadowoleni wcale nie oznaczało to końca atrakcji. Ponieważ był to dzień moich imienin Ania zaplanowała także bogaty program na wieczór. Najpierw zjedliśmy kolację w eleganckiej chińskiej restauracji (na co pozwoliliśmy sobie pierwszy raz od czasu pobytu w Kanadzie, gdyż zazwyczaj jemy w tanich lokalnych knajpkach), a potem wysłuchaliśmy przy piwie koncertu na żywo w jednym z najpopularniejszych barów w Quito. Koło północy na wpół przytomni znaleźliśmy się ponownie w hostelu.
Drugi dzień pobytu był zdecydowanie mniej naszpikowany zajęciami, ale też należał do ciekawych. Zaczęło się od kilkugodzinnego oczekiwania na pranie, które oddaliśmy dnia poprzedniego. Gdy wreszcie je otrzymaliśmy i spakowaliśmy plecaki, postanowiliśmy zwiedzić i wdrapać się na wieże neogotyckiej Basílica del Voto Nacional. Na pierwszą z wież prowadziły wewnętrzne schody, więc wejście na nią nie przedstawiało żadnego problemu, ale z drugą sprawa przedstawiała się diametralnie inaczej. Najpierw musieliśmy przejść drewniany mostek prowadzący ponad łukowym sklepieniem kościoła, a potem przyszedł czas na gwóźdź programu: schody, a raczej drabina, zawieszona obok wieży kilkadziesiąt metrów nad ziemią i zabezpieczona tylko metalową siatką. Przez dobry kwadrans przymierzaliśmy się do ich pokonania i dopiero, gdy nadeszła inna para ośmieliliśmy się to zrobić zaraz za nimi. Było to naprawdę mocne przeżycie, a widok z góry na pozostałe wieże z panoramą starego miasta w tle- wyśmienity. Ostatnim miejscem jakie odwiedziliśmy w stolicy Ekwadoru było efektowne muzeum z artefaktami różnych kultur prekolumbijskich, ale zgodnie stwierdziliśmy z Anią, że forma (ekspozycja, światło i dźwięk) zdecydowanie przewyższała tam treść. Żeby dostać się na południowy terminal autobusowy i zaoszczędzić na taksówce czekała nas jeszcze prawie godzinna szalona jazda z plecakami tak zatłoczonym trolejbusem, że Ania w pewnym momencie prawie zemdlała.
Zwyczajowo już po ciemku dotarliśmy do miasta Latacunga, punktu wypadowego w rejon Jeziora Quilotoa, gdzie wyruszyliśmy nazajutrz rano ze świeżo poznaną Brytyjką i dwoma Amerykanami. KIedy dokładnie o godzinie 11 wysiedliśmy w samej miejscowości Quilotoa powiedziano nam, że ostatni autobus powrotny do Latacunga odchodzi o 16, więc mieliśmy 5 godzin na obejście jeziora położonego w ogromnym kraterze nieczynnego wulkanu. Krawędź krateru była mocno pofałdowana, a szlak wiódł w przeważającej części ostrą granią, więc już niedługo nasi nowi znajomi postanowili zawrócić. Nas to w ogóle nie zniechęciło, wręcz przeciwnie- widoki z grani z jednej strony na szmaragdową toń otoczoną wysokimi klifami, a z drugiej na pustynne krajobrazy oraz samotne zmagania ze stromymi podejściami uświadomiły nam jak bardzo zdążyliśmy się stęsknić za chodzeniem po górach. Gdy doszliśmy do najwyższego punktu wulkanu położonego na 3930m n.p.m. wiatr, który od początku był bardzo silny teraz prawie urywał nam głowy (niestety, chyba to w połączeniu ze zmęczeniem na podejściu Ania przypłaciła kilkudniowym przeziębieniem), więc szybko zrobiliśmy kilka zdjęć z mocno już sfatygowaną polską flagą i ruszyliśmy w dół. Gdy zbliżaliśmy się do miejsca startu ok. 15.30 (pokonaliśmy w 4,5 godziny trasę opisywaną w przewodniku Lonely Planet na 6) zobaczyliśmy odjeżdżający autobus, ale założyliśmy to za wcześnie na ten, który chcieliśmy złapać. Oczywiście chwilę potem dowiedzieliśmy się, że zostaliśmy błędnie poinformowani i autobusów więcej już nie ma, bo jest sobota i inny rozkład jazdy. Niewzruszeni wyruszyliśmy na piwo, aby odpocząć na słonecznym tarasie i oblać udane przejście, po czym wsiedliśmy w zbiorczą taksówkę do najbliższej miejscowości skąd złapaliśmy stopa do Latacunga (za którego jak się okazało musieliśmy na koniec zapłacić tyle co za bilet autobusowy). Gdy wreszcie dotarliśmy do hostelu i spotkaliśmy naszych porzuconych towarzyszy okazało się, że nie mamy co żałować spóźnienia na ostatni autobus- oni w niego wsiedli i najpierw zatrzymała ich policja do kontroli, a niedługo potem szajka złodziei ukradła rzeczy z bagażu kilku pasażerów, w tym telefon jednego z Amerykanów. Stwierdziliśmy z ulgą, że przynajmniej tym razem ominęły nas „przygody”, które zazwyczaj się nam przytrafiają.
Wieczorem byliśmy już w Baños, miejscowości uznawanej za nieformalną stolicę sportów ekstremalnych w Ekwadorze, która jest przepięknie położona w głębokim kanionie Rio Pastaza. Nazajutrz z rana wypożyczyliśmy jedne z najlepszych rowerów górskich na jakich w życiu jechaliśmy (z hamulcami dyskowymi, pełnymi amortyzatorami i szerokimi oponami) i wyruszyliśmy niezwykle malowniczą Ruta de las Cascadas (z hiszp. Droga Wodospadów). Trasa wiodła drogą wzdłuż wspomnianego kanionu i jak się można domyśleć główną atrakcję stanowiły liczne kaskady wody spadające z obu jego stron, chociaż żądni adrenaliny mogli także spróbować zjazdów na linie ponad rwącą rzeką lub skoków z liną z mostu, co stanowi lokalną odmianę bungee. Dla nas największą frajdę stanowiła sama jazda na rowerze (chociaż Ania początkowo stresowała się wymijającymi nas ciężarówkami i autobusami) oraz zejście pod największy z loklanych wodospadów- El Pailón del Diablo (z hiszp. Kocioł Diabła). Ogromne wrażenie zrobił na nas zarówno jego rozmiar (Ania stwierdziła, że po Niagarze to najpotężniejszy wodospad jaki w życiu widziała) jak również fakt, że spadał on do wielkiej dziury otoczonej z trzech stron skalnymi klifami. Kilka takich zejść, aby obejrzeć kolejne kaskady, wiązało się z ostrymi podejściami z powrotem co w połączeniu z długim pedałowaniem sprawiło, że poczuliśmy się jak na obozie treningowym. Ostatni odcinek trasy rowerowej schodził na szczęście z gór na poziom dżungli, więc mogliśmy trochę odpocząć i bardziej nacieszyć się widokami, a w drogę powrotną zabraliśmy się autobusem. Drugiego dnia w Baños wybraliśmy się na wędrówkę pieszą po okolicznych wzgórzach, a naszym celem był Casa del Arbol (z hisz. Domek na Drzewie) położony na skraju górskiej polany. Widzieliśmy w internecie pełno zdjęć ludzi na huśtawce zawieszonej na konarze i wynoszącej ich ponad przepaść (sami zresztą takie zdjęcie zamieszczamy), ale w rzeczywistości okazało się to dużo mniej niebezpieczne i mrożące krew w żyłach niż zakładaliśmy. Huśtawka sprawiła nam jednakże sporo frajdy, a wielogodzinna trasa do niej obfitowała w idylliczne widoki zielonych łąk i lasów z ośnieżonym czubkiem wulkanu w tle.
Po kilku dniach w górach przyszedł czas na zmianę otoczenia, gdyż wybraliśmy się z niewielką międzynarodową grupą na całodzienną wycieczkę po skraju amazońskiej puszczy (na wyprawę dalej wgłąb nie starczyło nam niestety czasu, ale planujemy to nadrobić później). Zaczęło się od wizyty w Zoorefugio, czyli rodzaju schroniska dla dzikich zwierząt, w którym wolontariusze z całego świata opiekują się ofiarami przemytu, nielegalnego udomowienia albo okaleczenia. Z jednej strony cieszyliśmy się, że możemy z bliska zobaczyć m.in. tukana, tapiry, pantery czy krokodyle, ale z drugiej, jak na nasz gust zbytnio przypominało to klasyczne zoo i żal nam było zwierzaków na wybiegach. Kolejnym punktem programu była wizyta w wiosce Indian z plemienia Shuar, gdzie posłuchaliśmy krótkiego wykładu o ich zwyczajach, spróbowaliśmy chichy- tradycyjnego napoju ze sfermentowanej kukurydzy, poćwiczyliśmy dmuchanie z dwumetrowej drewninanej rurki strzałami do celu (nie zdawaliśmy sobie wcześniej sprawy, że można im tak łatwo nadać tak dużą prędkość), a mała dziewczynka pomalowała nam na twarzach wymyślne wzory naturalnym czerwonym barwnikiem. Następnie wsiedliśmy w canoe wydrążone z jednego kawałka drewna i godzinę spływaliśmy dość wartką rzeką sterowani przez młodzieńca z długim bambusowym kijem na tyle, który przypominał naszych rodzimych flisaków. Po obiedzie i krótkiej sjeście na hamakach wyruszyliśmy na spacer po dżungli- oprócz podziwiania nietypowych odmian palm i „chodzących” drzew z korzeniami nad ziemią, głównymi atrakcjami była kąpiel pod sporym wodospadem uważanym przez lokalnych mieszkańców za portal w zaświaty oraz skok na huśtawce á la Tarzan zawieszonej na kilkunastometrowym drzewie- z powodu położenia nad klifem i braku jakichkolwiek zabezpieczeń dostarczyła nam ona adrenaliny, której zabrakło nam dzień wcześniej. Wieczorem postanowiliśmy nie wracać z resztą grupy do Baños tylko zanocować w Puyo, aby z rana obejrzeć jeszcze Park Etnobotaniczny Omaere- 15 hektarów gęstej puszczy, która została stworzona (a mówiąc ściślej: odtworzona) ponad dwie dekady temu zupełnie od zera przez kobietę ze wspomnianego plemienia Shuar i jej męża z USA. Co prawda zamiast Amerykanina (o którym słyszeliśmy, że ma ogromną wiedzę) po parku oprowadzało nas dwóch młodych wolontariuszy z Francji, ale śmiechu było sporo i również dowiedzieliśmy się wielu ciekawych faktów z dziedziny flory oraz zwyczajów Shuarów. Podzielimy się z Wami tylko dwoma: w tej półosiadłej kulturze mężczyzna mógł poślubić kilka żon- każdej budował ogródek uprawny z małą altaną w pewnej odległości od domu i każdą z nich odwiedzał codziennie w celu konsumpcji obiadu oraz związku małżeńskiego; natomiast każdy przybysz, który nie ogłosił donośnym głosem celu swego przybycia w odległości dwustu metrów od domu zostawał zabity rzutem włócznią jako wróg.
Po wizycie w parku udaliśmy się w długą podróż na południe kraju do Cuenci, miasta reklamowanego w przewodniku jako druga po Quito perła architektury kolonialnej w kraju. Niestety w porównaniu do stolicy miasto to wypadło bardzo blado i dość mocno rozczarowani (ja bardziej od Ani) wyruszyliśmy w ponad trzydziestogodzinną odyseję (bo zwykłym przejazdem tego nazwać nie można) do Limy, stolicy Peru, pokonując po drodze m.in. przejście graniczne uważane za najbardziej niebezpieczne w całej Ameryce Południowej (przykładowo Polaka poznanego w hostelu miesiąc wcześniej porwał tam taksówkarz i wypuścił dopiero po otrzymaniu 100 dolarów).
Już w Limie dołączył do nas ponownie Ani brat Marcin (zwany Cinkiem) oraz nasz kolega także noszący imię Marcin, ale o tym- jak również o wspominanym dojeździe z Ekwadoru, pobycie w stolicy imperium Inków Cuzco i trekkingu do najbardziej znanych starożytnych ruin na świecie w Machu Picchu, który rozpoczniemy lada dzień- już w następnym odcinku. Adios, amigos!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *