Bienvenidos a Mexico!

No i stało się: przekroczyliśmy magiczną granicę i przylecieliśmy do Meksyku, który rozpoczął naszą przygodę z Ameryką Łacińską, a zarazem ostatni, półroczny etap naszej podróży dookoła świata. Przed przyjazdem mieliśmy różne wyobrażenia dotyczące tego państwa: z mediów i filmów wyłania się głównie obraz wojen karteli narkotykowych z policją na północy kraju, a z folderów reklamowych biur turystycznych- eksluzywne kurorty nad Morzem Karaibskim. „Dla większości obcokrajowców typowy obraz Meksykanina to wieśniak w sombrero i ponczo oraz z osłem na uwięzi”- ironizowała Alejandra, nasza gospodyni z Couchsurfingu.

Jednak kilku naszych znajomych (dzięki Tomek i Piotrek za dobre rady!), którzy odwiedzili Meksyk wcześniej, przekonywało nas, że nie mamy wierzyć w żadną z tych wersji i przekonać się na własnej skórze. Tak też zrobiliśmy.
Zaczęło się od pięciu dni (czyli o jeden dłużej niż początkowo planowaliśmy) w stolicy kraju Mexico City, jednej z największych metropolii na świecie. Jak już wspominaliśmy w poprzednim wpisie ugościli nas tutaj Alejandra i Ivan, para weteranów Couchsurfingu, którzy są bardzo zaangażowani w działalność tej społeczności- oprócz przyjęcia jak dotychczas kilkuset gości organizują oni także cotygodniowe spotkania stołecznych „surferów” oraz pomagają w przygotowaniach do corocznych spotkań ogólnokrajowych. Dlatego też poza standardowymi rozmowami o podróżach (kto gdzie był i gdzie warto jechać) dużo dyskutowaliśmy także o CS jako zjawisku i jakie zagrożenia mu grożą, jeśli właściciele serwisu postanowią go skomercjalizować. Jednak najważniejsze było to, że Alejandra i Ivan (wraz ze swoją włoską współlokatorką Marieleną) podjęli nas tak ciepło i bezproblemowo, że przez ten krótki okres zdążyliśmy się poczuć u nich jak w domu.
Samo miasto wywołało w nas dość sprzeczne odczucia: Ania była rozczarowana smogiem, tłumami na ulicach i brakiem „klimatu”, a ja byłem pozytywnie zaskoczony widowiskowym rozłożeniem miasta w dolinie dawnego jeziora wśród wzgórzy, luzem jego mieszkańców i poczuciem bezpieczeństwa na ulicach. Trzy miejsca, które wywarły na nas największe wrażenie to Narodowe Muzeum Antropologiczne, gdzie bardzo dużo dowiedzieliśmy się o historii oraz teraźniejszości rdzennych mieszkańców Meksyku (Aztekowie, Majowie, Olmekowie itd.), ogromne kamienne Piramidy Słońca i Księżyca, główne budowle starożytnego imperium Teotihuacán oraz piękny Niebieski Dom Fridy Kahlo i Diego Riviery, najsławniejszych meksykańskich malarzy. Niepowtarzalnym doświadczeniem była wizyta na zawodach Lucha Libre, czyli meksykańskiej odmiany wrestlingu, w której zawodnicy (i zawodniczki) w specyficznych maskach na twarzach odgrywają walki na ringu. „Co to za sport, skoro oni tylko udają?”- pytała Ania. Jednak gdy zobaczyła jakie akrobacje wykonują zapaśnicy (salta, gwiazdy czy upadki na bandy) oraz jak potrafią rozbawić publiczność kabaretowymi wstawkami, zrozumiała dlaczego Meksykanie tak kochają ten sport i co rusz żywioło reagują okrzykami i gwizdami. Koljeny nocny element pobytu w stolicy stanowiło natomiast wspomniane cotygodniowe spotkanie Couchsurferów organizowane przez naszych gospodarzy. Gdy zaszliśmy na miejsce razem z Fabianem, młodym Niemcem (który także gościł u Alejandry i Ivana), rozmiar knajpy i brak kogokolwiek poza nami nastawił nas dość sceptycznie. Jednak po kilku godzinach zebrało się prawie sto osób, a impreza tak się rozkręciła, że rozpoczęło się tańczenie salsy, żarty z narodowych stereotypów i zapraszanie na „aftera” o drugiej w nocy, którego gospodarz bardzo długo nie chciał przyjąć do wiadomości słowa „nie”. Ostatniego dnia naszego pobytu załapaliśmy się jeszcze na wspólne oglądanie finału piłkarskiej Ligi Mistrzów połączone z konsumpcją przepysznych meksykańskich potraw i dużej ilości piwa.
Pierwszym przystankiem na południe od stolicy była Cholula, małe miasteczko w okolicy Puebli, które polecili nam nasi gospodarze. Główną tamtejszą atrakcją jest prekolumbijska piramida, którą jako jedną z niewielu w kraju można zwiedzać od wewnątrz, co sprowadza się do przejścia kilkusetmetrowego klaustrofobicznego korytarza. Budowla ta tak zarosła ziemią, że hiszpańscy konkwistadorzy postanowili na jej szczycie zbudować kościół katolicki (co i tak jest lepsze niż rozbieranie starożytnych obiektów w celu pozyskania budulca, co zdarzało się dużo częściej). Jako, że trafiliśmy na niedzielę kończącą oktawę Bożego Ciała w miasteczku panowała atmosfera prowincjonalnego jarmarku, która była niejako latynoską wersją obrazków znanych nam z Polski.
Następnie udaliśmy się do miasta Oaxaca, gdzie w ramach CS zgodził się nas przenocować Pepe, znajomy naszych gospodarzy z Mexico City. Mieszkał on na przedmieściach w raczej ubogiej dzielnicy, a jako, że nastał już wieczór droga do jego mieszkania- prowadząca przez błota i ogromne kałuże oraz urozmaicona przez ujadanie bezpańskich psów i spore zainteresowanie biesiadników z pobliskiego weseliska- okazała się naprawdę ekscytująca. Samo miasto nas niczym nie zachwyciło, ale jego okolice to już zupełnie inna para kaloszy. Monte Albán, dawna stolica Zapoteków, imponuje zarówno swoim położeniem na górskim płaskowyżu stworzonym przez człowieka, jak również rozmachem budowli sakralnych, piramid i grobowców. Hierve El Algua składające się z „wodospadów” ze spetryfikowanych minerałów oraz stawów (w których się wykąpaliśmy) graniczących z urwiskiem tworzy naprawdę spektakularny krajobraz. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze zwiedzanie fabryki mezcalu (mniej znanego na świecie, ale za to dużo bardziej popularnego w Meksyku krewnego tequilli) połączone z degustacją różnych odmian tego trunku oraz zobaczyliśmy jedno z największych i najstarszych (ok. 2000 lat) drzew na świecie.
Z Oaxaci udaliśmy się do San Christobal w stanie Chiapas. Tutaj nocowaliśmy w ramach CS w spokojnym i klimatycznym hostelu prowadzonym przez naszą rodaczkę Monikę, która oprócz zwykłych gości przyjmuje „surferów” za cenę śniadania. Miasto od razu urzekło nas swoją postkolonialną architekturą: wąskimi brukowanymi uliczkami i niskimi budynkami we wszystkich kolorach tęczy. Poza tym jest to region, w którym najmocniej zachował się tradycyjny sposób życia i wierzenia Majów, które w mniejszym lub większym stopniu wymieszały się z chrześcijaństwem. Najjaskrwszy tego dowód zobaczyliśmy w pobliskiej wsi Chomula, z którego kilkanaście lat temu zostali wypędzeni wszyscy katolicy wraz z klerem, a w miejscowym kościele zapełnionym świeczkami i sosnowymi igłami w obecności figur chrześcijańskich świętych odbywają się szamańskie modły połączone z piciem i ofiarowaniem miejscowego bimbru oraz poświęcaniem kogutów (poprzez skręcenie karku), które rzekomo wchłaniają złe moce i choroby. Jeśli mowa o chorobach to San Christobal nie okazało się pod tym względem zbyt szczęśliwe dla nas, ale pozwolicie, że szczegóły zachowamy dla siebie.
Następny punkt programu: Palenque, czyli imponujące starożytne ruiny miasta Majów położone w środku dżungli. Miejsce to od dekad fascynuje archeologów, amatorów historii i podróżników z całego świata- po wizycie tam nie dziwimy się dlaczego. W okolicy zobaczyliśmy jeszcze (i zażyłem w nich kąpieli) kaskady Agua Azul (jak sama nazwa wskazuje słyną one z lazurowej wody, ale niestety w porze deszczowej przyjmuje ona kolor błota) oraz trzydziestostometrowy wodospad Misol-Ha, pod który można wejść i poczuć z bliska jego moc. W Palenque wsiedliśmy w nocny autobus i wysiedliśmy w Meridzie- razem z wcześniej wspomnianą wycieczką dało nam to ponad 24 godziny w trasie. W Meridzie po raz pierwszy od pobytu w Nowej Zelandii spaliśmy w hostelu z basenem, więc postanowiliśmy trochę się nad nim zrelaksować, ale niestety nie cierpiące zwłoki sprawy ograniczyły ten czas do minimum.
Kolejnego dnia rozpoczęliśmy od przejazdu do Chichén Itzá, prekolumbijskiego miasta Majów, które zostało wybrane w 2007 roku jako jeden z nowych siedmiu cudów świata. My uważamy, że tytuł ten został przyznany trochę na wyrost, bo np. wspomniane Palenque zrobiło na nas większe wrażenie, ale może przyczyniły się do tego niemiłosierne tłumy turystów (głównie Amerykanów spędzających wakacje w pobliskim Cancun) oblegające Chichén Itzá. Pod wieczór wreszcie dotarliśmy na upragnione wybrzeże Morza Karaibskiego, a konkretnie do miasteczka Tulum. Miejscowość ta ma do zaoferowania dwie atrakcje: przepiękną plażę z białym piaskiem usianą palmami i barami pokrytymi ich liścmi oraz pozostałości starożytnego miasta Majów położone widowiskowo na samym klifie. Po zwiedzaniu kolejnych tego typu ruin poczuliśmy się już prawie ekspertami w tej dziedzinie i postanowiliśmy resztę dnia spędzić na plaży na słodkim nieróbstwie. Z powodu pory deszczowej dużą część brzegu pokrywały morskie glony, ale dzięki temu poznaliśmy w barze kapitana statku wycieczkowego (który po kilku piwach zaprezentował nam zdolność czytania przyszłości z dłoni) oraz parę bardzo kontaktowych turystów z Mexico City. Kolejnego dnia wybraliśmy się na eksplorację pobliskiego cenote Dos Ojos (po hiszpańsku: Dwoje Oczu), czyli sieci częściowo podziemnych jaskiń i studni połączonych lazurową wodą. Wyposażeni w maski, rurki, płetwy i wodoszczelne latarki wpłynęliśmy m.in. do niezwykle widowiskowej Jaskini Nietoperzy pełnej stalaktytów i stalagmitów- było to naprawdę niesamowite przeżycie. Ostatnimi punktami naszej meksykańskiej wędrówki były dwa nadmorskie kurorty: Playa del Carmen oraz Cancun. O tym pierwszym nie możemy powiedzieć zbyt wiele dobrego: tłumy, komercja i kicz. Do Cancun dopiero co przyjechaliśmy, więc za wcześnie nam oceniać.
Jutro popołudniu wylatujemy na Kubę, gdzie spotykamy się z naszymi przyjaciółmi Agnieszką i Wojtkiem oraz ich córeczką Ulą, która przysła na świat 26 lipca zeszłego roku- dokładnie w dzień naszego ślubu kościelnego. Jako, że w kraju Fidela Castro, cygar i mojito dostęp do internetu jest niezwykle rzadki na wszelki wypadek żegnamy się z Wami na najbliższe 3 tygodnie. Viva Cuba Libre!
Ps. Ponawiamy naszą prośbę ogłoszoną na moim prywatnym profilu: jeśli ktoś z Was wybiera się w najbliższym czasie na Kubę (do 13 lipca) albo w okresie późniejszym do Nikaragui lub Kostaryki dajcie proszę znać, bo chcielibyśmy prosić o dowiezienie nam kamery GoPro, którą musieliśmy reklamować. Z góry dziękujemy za pomoc!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *