Powrót na północną półkulę, czyli z Nowej Zelandii do Kanady na wielkanoc

Powrót na północną półkulę, czyli z Nowej Zelandii do Kanady na wielkanoc

O Canada, o Canada, o Canada! Ponownie jesteśmy na północnej półkuli, z końca lata przeskoczyliśmy w koniec zimy, mając jednocześnie nadzieję, że wiosna nadejdzie już wkrótce (choć za oknem właśnie spadł śnieg). Aby tu dotrzeć i przeżyć Wielkanoc z Bogną, siostrą Ani, oraz jej rodziną, spędziliśmy ponad 20 godzin w podróży z Nowej Zelandii. Najpierw pół doby lecieliśmy z Auckland nad Pacyfikiem i Hawajami, potem kilka godzin postoju w Vancouver wykorzystaliśmy na zwiedzanie miasta (piękne widoki przypominające Alaskę- znaną nam niestety tylko z filmów- z samolotami lądującymi na wodach zatoki i ośnieżonymi szczytami w tle), a następnie cztery godziny spędziliśmy w samolocie do Toronto i autobusie do Port Colborne w okolicach sławnych wodospadów Niagara. O pobycie w królestwie klonowego liścia będziemy mieli jeszcze okazję napisać w kolejnych wpisach, więc skupmy się na naszych przygodach w trakcie dwóch ostatnich tygodnii pobytu w Nowej Zelandii.

Czytaj dalej

Nowa Zelandia, czyli w krainie Maorysów, hobbitów i kiwi-nielotów

Nowa Zelandia, czyli w krainie Maorysów, hobbitów i kiwi-nielotów

No i stało się: dotarliśmy na koniec świata! Nowa Zelandia- już sama nazwa kraju działa na wyobraźnię i przywodzi na myśl dziecięce podróże palcem po globusie. Lecz gdy do tego spostrzegasz w komórce, że Auckland jest ostatnim miastem na liście stref czasowych (12 godzin różnicy w stosunku do Polski), a komputerowa mapa nie chce się przesuwać dalej na wschód, musisz wręcz poczuć przyjemny dreszcz ekscytacji!
Zanim jednak tydzień temu wylądowaliśmy w kraju Maorysów, hobbitów i kiwi-nielotów spędziliśmy ostatnie 6 dni w Australii, które były tak naładowane atrakcjami, że chcielibyśmy je chociaż pokrótce opisać.

Czytaj dalej

Antypody, czyli kangury, koale i surfing

Antypody, czyli kangury, koale i surfing

W poniedziałek rano zaleciliśmy do Australii, aby odwiedzić Tomka (zwanego przez niektórych również Tedzikiem, od swoich inicjałów), mojego kolegę ze studiów oraz jego żonę Izę. Od tego czasu bez przerwy czujemy się jak Alicja z bajki, która wylądowała po drugiej stronie lustra- przeskok z biednych krajów południowej Azji do jednego z najbogatszych (i jednocześnie najdroższych) krajów był przeogromny. Zaczęło się od małej komedii pomyłek, gdyż byłem przekonany, że Iza z Tomkiem mieszkają w okolicach Brisbane, a okazało się, że w oddalonym o około 70 kilometrów Gold Coast. Tomek za to źle odczytał datę naszego przylotu- myślał, że będziemy we wtorek i mocno się zdziwił, gdy dzień wcześniej napisałem mu, że czekamy przed lotniskiem. Potem już było tylko lepiej.

Czytaj dalej

Królewski pogrzeb i apokalipsa w raju

Królewski pogrzeb i apokalipsa w raju

Dopiero dziesięć dni minęło od czasu ostatniego wpisu, gdy opuszczaliśmy południe Bali, a już wydarzyło się tyle, że postanowiliśmy o tym opowiedzieć.
Gdy po czterech dniach upału i cieszenia się słońcem na plażach południowego Bali zajechaliśmy do Ubudu (oddalonego o zaledwie trzydzieści kilometrów) już na parkingu przywitała nas taka ulewa, że doszliśmy do wniosku, iż pora deszczowa nie ogranicza się niestety do Sumatry i Jawy. Po godzinie stania pod daszkiem supermarketu poszukaliśmy noclegu, który był ewenementem samym w sobie. Otóż był to pensjonat rodzinny składający się z kilklu chatek postawionych wokoło małej świątyni typowej dla lokalnej odmiany hinduizmu.

Czytaj dalej

Indonezja, czyli w krainie orangutanów, wulkanów i bajecznych plaż

Indonezja, czyli w krainie orangutanów, wulkanów i bajecznych plaż

Przekroczyliśmy równik i po raz pierwszy w życiu jesteśmy na południowej półkuli naszego globu! Od ponad dwóch tygodni przebywamy w Indonezji i kraj ten zdążył już podbić nasze serca piękną przyrodą (o tym szerzej za chwilę), uśmiechem na twarzach bardzo przyjaznych mieszkańców i wyśmienitym jedzeniem (przebojem jest grillowany kurczak na patykach w słodkim sosie sojowo-orzeszkowym). Z Anią zgodnie stwierdziliśmy, że jak na razie Indonezja zajmuje na naszej liście „The best of” drugie miejsce tuż za Nepalem i że także tutaj musimy kiedyś powrócić!

Czytaj dalej

Sri Lanka, czyli przemierzając morze herbaty

Sri Lanka, czyli przemierzając morze herbaty

Ayubowan! Welcome to Sri Lanka!
Przez 10 dni przemierzaliśmy tę piękną wyspę, zwaną kiedyś Cejlonem, która słynie z największych na świecie plantacji herbaty rozłożonych malowniczo na soczystozielonych wzgórzach, pikantnego rice & curry oraz jednych z najpiękniejszych plaż na świecie. Wycieczka ta zdecydowanie różniła się od naszej wcześniejszej podróży pod dwoma względami. Po pierwsze, dołączyła do nas Ani mama, nasza przyjaciółka Kasia oraz jej mama, więc stanowiliśmy dość sporą grupę o zdecydowanie kobiecym zabarwieniu. Po drugie, korzystaliśmy z usług poleconego przez naszego kolegę kierowcy, który obwoził nas po wyspie zapewniając nocleg- przeważnie o dużo wyższym standardzie niż przez poprzednie cztery i pół miesiąca. No cóż, każdemu w życiu należy się od czasu do czasu odrobina luksusu. A więc po kolei.

Czytaj dalej

Full India power!

Full India power!

Długo nas nie było, gdyż niecałe trzy tygodnie temu dołączył do nas od dawna wyczekiwany Marcin, brat Ani (przez przyjaciół i znajomych zwany Cinkiem, więc tak go będziemy odtąd tytułować) i naprawdę wiele się przez ten czasu wydarzyło, program mieliśmy napięty a dostęp do internetu utrudniony. Indie zapewniły nam po raz kolejny (Cinkowi po raz pierwszy) cały wachlarz zarówno pozytywnych jak i skrajnie negatywnych wrażeń: od zachwytu nad kolonialną architekturą Bombaju i niesamowitością starożytnego Hampi, relaksem na plażach na Goa i w Kerali oraz pływaniem wynajętą łodzią po tropikalnych kanałach aż po noc spędzoną na chodniku Bombaju wśród szczurów i bezdomnych, dwudniową przeprawę przez Bangalore (które szczyci się mianem technologicznego serca Indii, a w naszych oczach jest chyba najmniej przyjemnym miastem na subkontynencie) i noc w autobusie, gdy obsługujący go młodzian zapomniał nas obudzić na naszym przystanku i straciliśmy pół dnia na powrót do miejsca docelowego.

Czytaj dalej

Od zachwytu do rozpaczy, czyli indyjski rollercoaster

Od zachwytu do rozpaczy, czyli indyjski rollercoaster

Za nami dopiero 10 dni w Indiach, a już wydarzyło się tyle, że trudno to opisać w jednym krótkim wpisie. Kraj ten w tak krótkim czasie pokazał nam (o czym słyszeliśmy i czytaliśmy już wielokrotnie wcześniej, ale zupełnie co innego słyszeć, a co innego doświadczyć tego na własnej skórze), że tutaj granica pomiędzy bezbrzeżnym zachwytem i dnem rozpaczy jest niezwykle cienka, a te dwa stany mogą dzielić zaledwie godziny. Ale po kolei.

Czytaj dalej

Namaste, India! Żegnaj, Nepalu!

Namaste, India! Żegnaj, Nepalu!

Dziś rano po 28 godzinach w trasie zajechaliśmy nareszcie do Varanasi. Najpierw spędziliśmy 10 godzin w autokarze na granicę, która stanowi nową jakość pod względem rozgardiaszu i chaosu na niej panującego. Potem przez ponad trzy tłukliśmy się lokalnym PKS-em, gdzie jako jedyni obcokrajwcy stanowiiśmy świetny preteks do żartów wśród innych pasażerów. Następnie w środku nocy czekaliśmy kolejne trzy godziny na opóźniony pociąg dzieląc zalatujący moczem peron z setkami Hindusów leżących na ziemi, licznymi szczurami bięgającymi wokoło oraz grupką równie zagubionych i zmęczonych turystów jak my. Na koniec 8 godzin spędziliśmy śpiąc na kuszetkach, przy których te w kolei mongolskiej postrzegane przez nas dotychczas jako najmniej higieniczne awansowały do klasy biznes.

Czytaj dalej

Relaks i piesze safari w nepalskiej dżungli, czyli Park Narodowy Chitwan

Relaks i piesze safari w nepalskiej dżungli, czyli Park Narodowy Chitwan

Spędziliśmy właśnie bardzo odprężające, ale zapadające w pamięć 5 dni w tropikalnym Parku Narodowym Chitwan położonym przy południowej granicy Nepalu. Pierwsze dwa z nich poświęciliśmy na regenerację po trekkingu, czyli słodkie nieróbstwo i wylegiwanie się na leżakach i hamakach oglądając słońce zachodzące nad dżunglą na przeciwległym brzegu rzeki, krokodyle wygrzewające się na pobliskiej mieliźnie oraz słonie biorące kąpiel pod okiem swoich opiekunów każdego ranka. Następnie spędziliśmy cały dzień w dżungli w towarzystwie dwóch zawodowych przewodników (wymóg prawny), gdzie udało nam się zobaczyć z bliska, bez ogrodzeń i w ich naturalnym środowisku wiele gatunków ptaków, jeleni, małp i krokodyli, ale zdecydowanie najbardziej podwyższyły nam poziom adrenaliny we krwi czterokrotnie napotkane nosorożce, w tym podobno najbardziej niebezpieczna kombinacja, czyli matka z dzieckiem.

Czytaj dalej