Antypody, czyli kangury, koale i surfing

W poniedziałek rano zaleciliśmy do Australii, aby odwiedzić Tomka (zwanego przez niektórych również Tedzikiem, od swoich inicjałów), mojego kolegę ze studiów oraz jego żonę Izę. Od tego czasu bez przerwy czujemy się jak Alicja z bajki, która wylądowała po drugiej stronie lustra- przeskok z biednych krajów południowej Azji do jednego z najbogatszych (i jednocześnie najdroższych) krajów był przeogromny. Zaczęło się od małej komedii pomyłek, gdyż byłem przekonany, że Iza z Tomkiem mieszkają w okolicach Brisbane, a okazało się, że w oddalonym o około 70 kilometrów Gold Coast. Tomek za to źle odczytał datę naszego przylotu- myślał, że będziemy we wtorek i mocno się zdziwił, gdy dzień wcześniej napisałem mu, że czekamy przed lotniskiem. Potem już było tylko lepiej.

Najpierw Tomek zabrał nas na typowe australijskie śniadanie, tzw. meat pie, czyli ciasta z mięsem najczęściej polewane keczupem lub sosem barbeque. Gdy zajechaliśmy do mieszkania wynajmowanego przez naszych gospodarzy nie mogliśmy przez dobry kwadrans wyjść z podziwu: przepiękny nowoczesny apartament położony wśród idealnie przystrzyżonych zielonych trawników, a nieopodal basen z siłownią, sauną i ogromnym grillem na użytek mieszkańców. Gdy odespaliśmy zarwaną noc Iza z Tomkiem zaprosili nas na przepyszną kolację w marokańskiej restauracji znajdującej się w jednej z najbardziej ekskluzywnych dzielnic Gold Coast- niebo w gębie! Następnego dnia Tomek w drodze na spotkania z klientami podrzucił nas na Surfers’ Paradise, najbardziej znaną plażę w Gold Coast, która jako całość stanowi jeden z największych ośrodków wypoczynkowych w całej Australii. To co tutaj ujrzeliśmy wcześniej mogliśmy widzieć tylko w najbardziej podkolorowanych i podrasowanych amerykańskich filmach. Szeroka na kilkadziesiąt metrów i długa na kilkanaście plaża z białym piaskiem o konsystencji pudru, a za nią wyrastające palmy i ekskluzywne kilkudziesięciopiętrowe apartamentowce. Do tego trzeba dołożyć rozbudowaną infrastrukturę z wieloma publicznymi prysznicami i toaletami, elegancką promenadę dla biegaczy, rowerzystów i deskorolkowców oraz ratowników z jeepami, deskami i skuterami wodnymi przywodzący na myśl sławny serial „Słoneczny patrol”. W przerwach między zachwycaniem się krajobrazem pływaliśmy na falach na pożyczonym od Tomka body boardzie, rozrywce którą poznaliśmy jeszcze w Indiach. Popołudnie spędziliśmy na zwiedzaniu mariny, gdzie stacjonują jachty, których nie powstydziliby się arabscy szejkowie lub rosyjscy oligarchowie, a następnie przeszliśmy się na molo położone na końcu półwyspu, skąd rozciągał się piękny widok na plaże Gold Coast wraz z wieżowcami w oddali. Tego wieczoru postanowiliśmy się zrewanżować naszym gospodarzom przygotowując tradycyjny polski obiad z kurczakiem, ziemniakami i marchewką- chyba im smakowało. Wczoraj Tomek zabrał nas do Lone Pine Koala Sanctuary, największego i najstarszego na świecie rezerwatu koali na świecie. Oprócz pociesznych i zblazowanych misiów obejrzeliśmy też wiele innych typowych dla Australii zwierząt: psy dingo, diabły tasmańskie, wombaty, kolczatki i dziobaki. Największą frajdę sprawiła nam jednak możliwość nakarmienia, pogłaskania lub wręcz przytulenia licznych kangurów skaczących po wielkiej zagrodzie. Z rezerwatu pojechaliśmy do Burleigh Heads, gdzie ze wzgórza pokrytego buszem oraz skałami rozciągał się również wspaniały widok na plaże Gold Coast- tym razem od południa. W drodze na wzgórze natknęliśmy się na kolejnego tego dnia zwierzaka, ale to spotkanie należało do dużo mniej przyjemnych. Tiliqua, bo o niej mowa (zwana po angielsku od koloru swojego jęzora „blue tongue lizard”) to spory jaszczur, który w krzakach do złudzenia przypominał obślizgłego węża, co sprowokowało nas do szybkiej ucieczki. Wieczór spędziliśmy grillując steki wołowe i jagnięce oraz korzystając ze wspomnianego już osiedlowego basenu i sauny. Dzisiaj obejrzeliśmy z Izą i Tomkiem postępy w budowie ich przyszłego domu- nowoczesnego szeregowca malowniczo usytuowanego nad kanałem, a popołudnie spędziliśmy na siłowni i grając w tenisa w ekskluzywnym spa prowadzonym przez Izę. Ania załapała się nawet na sesję reklamową ośrodka- ubrana w biały szlafrok i kapcie, z ręcznikiem na głowie i filiżanką herbaty w ręce pozowała jak stary wyjadacz. Jutro wybieramy się z Tomkiem na surfing na południe od Gold Coast, na weekend planujemy wszyscy razem pojechać pod namiot, a we wtorek rano lecimy do Sydney skąd kolejnego dnia wieczorem wylatujemy już do Nowej Zelandii. Naprawdę trudno będzie opuścić to miejsce!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *