Pura vida, czyli czyste życie wśród lasów deszczowych, rastafarian i parków narodowych Kostaryki

Po trzech tygodniach spędzonych w Nikaragui nadszedł czas na kolejny etap naszej podróży po Ameryce Środkowej: Kostarykę. Odwiedzenie tego kraju planowaliśmy już od kilku lat, gdyż kiedyś mieszkała tutaj moja kuzynka Weronika, a Ani koleżanka Kasia już wkrótce się tu przeprowadza (wielkie dzięki, dziewczyny, za pomoc w zaplanowaniu trasy!). Nigdy jednak nie doszło to do skutku- główną przeszkodą były dość wysokie ceny biletów lotniczych. Tym bardziej ucieszyliśmy się, że wreszcie będziemy mogli na własne oczy zobaczyć te niesamowite parki narodowe, lasy deszczowe, plaże i rajskie wysepki, o których tyle słyszeliśmy i czytaliśmy. Ale zaczęło się bardzo przyziemnie i frustrująco.

Gdy zajechaliśmy na granicę typowym nikaraguańskim „chickenbusem” (żołte autobusy szkolne z USA, które w tej części kontynentu zyskały drugie życie jako środek lokalnego transportu), przeszliśmy pierwszą odprawę graniczną oraz spory kawałek „ziemi niczyjej” stanęliśmy twarzą w twarz z kostarykańską urzędniczką imigracyjną, która zażądała od nas biletów wyjazdowych z kraju. Czytaliśmy wcześniej, że jest to wymóg dość rzadko i luźno przestrzegany, więc zaczęliśmy tłumaczyć, że podróżujemy dookoła świata, że następnym przystankiem jest Panama i nie wiemy dokładnie kiedy i gdzie wjedziemy do tego kraju. Pokazywaliśmy też bilety powrotne z Argentyny do Polski, ale wszystko na nic.
-Takie jest prawo- stwierdziła obojętnym tonem pani w okienku i zasugerowała nam, że wystarczy kupić bilet autobusowy z powrotem do Nikaragui w agencjach naprzeciwko. Jednak gdy usłyszeliśmy, że punkty te żądają za ten bezużyteczny kawałek papieru 25 dolarów od osoby postukaliśmy się po głowie i udaliśmy się do kawiarenki internetowej nieopodal. Najpierw próbowaliśmy zarezerwować jakikolwiek bilet lotniczy bez płacenia za niego, ale po godzinie nieudanych prób dopadła nas frustracja. Wtedy wpadł mi do głowy najprostszy pomysł z możliwych: przecież wystarczy skopiować bilet elektroniczny na grudzień z Buenos Aires do Poznania, wpisać inne miasta, daty i go wydrukować jako oryginał! Tak też zrobiliśmy i odprawa graniczna poszła jak po maśle.
Po przejeździe dwoma lokalnymi autobusami (tutaj przypominały one już raczej lepszą wersję polskich PKS-ów) znaleźliśmy się późnym wieczorem w Tamarindo, jednym z głównych ośrodków surfingu w Kostaryce. Rozlokowaliśmy się w bardzo przyjemnym hostelu za przystępną cenę, która nas zaskoczyła (podobnie jak stosunkowo niskie koszty przyjazdu) po tym jak słyszeliśmy wcześniej od kilku podróżników, że Kostaryka jest dużo droższa niż inne kraje Ameryki Centralnej. Jednak zaskoczenie bardzo szybko minęło, gdy wyruszyliśmy rozejrzeć się za czymś do jedzenia. Ceny żywności- i to zarówno w restauracjach, fast-foodach i super marketach- były tak wygórowane, że skończyło się na makaronie z tuńczykiem ugotowanym w hostelu. O piwie w barze także mogliśmy zapomnieć- ceny przypominały te w Stanach Zjednoczonych (jedynym wyjątkiem podczas dwóch tygodni spędzonych w Kostaryce była impreza z open barem za równowartość 5 dolarów, co na tamtejsze warunki było niesamowitą okazją).
Na szczęście wynajem deski surfingowej nie był drogi, więc następnego dnia wyruszyliśmy na podbój fal Pacyfiku. Plaża jest tam przepiękna, fale prawie idealne zarówno dla początkujących jak i średniozaawansowanych, więc postanowiliśmy zostać dzień dłużej i pod koniec udało nam się obojgu stanąć po kilka razy na w miarę wysokich falach (za pierwszym razem, siedząc na brzegu, nie mogłem uwierzyć, że to Ania wyprawia takie rzeczy), co sprawiło nam ogromną frajdę i satysfakcję!
Prosto ze słonecznej plaży przenieśliśmy się (a dokładniej: przejechaliśmy trzema lokalnymi autobusami) w pobliże rezerwatu Monteverde, unikatowego pod względem mikroklimatu „lasu chmurowego” (ang. cloud forest). Już sam dojazd na miejsce obfitował w piękne krajobrazy soczystozielonych wzgórz urozmaiconych w oddali zatoką Pacyfiku wcinającą się głęboko wgłąg lądu. Natomiast miasteczko Santa Elena, w którym się zatrzymaliśmy, odznaczało się wiecznie zacinającą mżawką (wspomniany mikroklimat), co przy pełnym słońcu skutkowało ogromą podwójną tęczą w dolinie. W hostelu wykładanym ciemną boazerią poczuliśmy się jak w schronisku górskim- nie do końca usmysławialiśmy sobie jak nam tego brakowało. Sama wizyta w rezerwacie nas trochę rozczarowała: połowa szlaków była w renowacji, dzikie zwięrzęta przeniosły się w bardziej nieodostęsne zakamarki (wystarczy powiedzieć, że najwięcej z nich zobaczyliśmy przy wejściu do sklepu z pamiątkami: kolibry i odmianę mròwkojada) a deszcz nie przestawał padać.
W nocy Ani zła passa dotycząca jej zdrowia i dobrego samopoczucia (zaczęliśmy ją nazywać siedmioma plagami egipskimi) znowu dała o sobie znać. Już po poprzedniej nocy Ania obudziła się z kilkoma ugryzieniami na ciele, ale jako, że mi nic nie było uznaliśmy, że po prostu komary ją sobie upodobały. Jednak gdy tym razem obudziła się po godzinie snu z rękoma i nogami pokrytymi bąblami uznaliśmy, że muszą to być pluskwy- szczególnie, gdy ujrzeliśmy jedną z nich uciekającą po kołdrze. Po rozmowie z ochroniarzem i nocnym telefonie do właściciela zostaliśmy przewiezieni wraz z dobytkiem do porządnego hotelu o dużo wyższym standardzie. Baliśmy się, że pluskwy mogą się nam zalęgnąć w odzieży- znamy historie podróżników palących cały swój bagaż w takim wypadku, ale na szczęście szczelne zapakowanie ubrań w worki plastikowe i późniejsze pranie najwyraźniej wystarczyły.
Nazajutrz rano wyruszyliśmy po solidną dawkę adrenaliny, a konkretnie do parku linowego, który może się pochwalić m.in. najdłuższym (1590 metrów) zjazdem w Ameryce Łacińskiej. Przejazdy w uprzęży kilkadziesiąt metrów nad dżunglą, po linach rozwieszonych pomiędzy wzgórzami, obfitowały w piękne widoki i porządnie podwyższały ciśnienie, ale wisienką na torcie był skok z 45-metrów na huśtawce a la Tarzan. Muszę w tym miejscu przyznać, że jestem bardzo dumny z Ani, która nie dosyć, że pokonała wszystkie atrakcje z otwartymi oczami to nawet nimi nie mgrugnęła, co stanowi ogromny postęp w jej walce z lękiem wysokości!
Resztę dnia spędziliśmy w autobusie w drodze nad morze, a następnie utknęliśmy w Puntarenas, jednym z największych portów Kostaryki, skąd mieliśmy przepłynąć promem zatokę i jechać dalej, co okazało się to niemożliwe. Oznaczało to przymusowy nocleg w niezbyt ciekawym mieście i pobudkę o 4 rano, ale za to mogliśmy podziwiać krwawy wschód słońca z pokładu promu. Gdy dotarliśmy do celu, nadmorskiej miejscowości Montezuma znaleźliśmy nocleg i zapakowaliśmy się na całodzienną wycieczkę na Isla Tortuga (Wyspa Żółwia), zwaną tak ze względu na swój kształt z lotu ptaka i uznawaną za najpiękniejszą wyspę w kraju. Rzeczywiście widoki były spektakularne. Już dojazd szybką motorówką urozmaicony podziwianiem ciągnących się kilometrami klifów, które porastały palmy i oblewały wzburzone fale, oraz oglądaniem wynurzających się wielorybów był wart ceny wyprawy. Potem udaliśmy się na snorkeling (nurkowanie z maską i rurką), ale z powodu pory deszczowej widoczność nie była zbyt dobra. Do tego Anię poparzyła w nogę meduza, co po raz kolejny podbiło licznik plag ją nawiedzających- po chwili namysłu i obliczeń Ania stwierdziła, że zbliża się on już do mitycznej siódemki, więc pojawiło się światełko w tunelu. Te niedogodności wynagrodziła nam sama wyspa złożona z plaży o bialuteńkim piasku, upstrzona i otoczona lasem tropikalnym oraz skałami.
Po tym bardzo relaksującym i przyjemnym dniu przyszła kolej na kolejny spędzony w trasie, a dokładnie w autobusie, na promie i znowu w autobusie. Celem był Manuel Antonio, najmniejszy, ale zarazem najbardziej popularny park narodowy w Kostaryce. Nazajutrz trochę zaspaliliśmy, więc po dziesiątej stanęliśmy u bram parku i zastaliśmy takie tłumy, że dopiero wtedy uświadomiliśmy sobie, że jest niedziela i najwyraźniej połowa kraju wpadła na ten sam pomysł co my. Ilość odwiedzających, którzy mogą naraz znajdować się na terenie parku jest ograniczona do 800, więc godzinę postaliśmy w kolejce w piekielnym upale zanim weszliśmy do środka. Park- mimo, iż w niektórych częściach dość zatłoczony- bardzo nas zachwycił, do czego przyczyniły się dwie rzeczy: niesamowity las tropikalny oraz przepiękne plaże. W trakcie naszej całej podróży wielokrotnie chodziliśmy po dżungli, ale ta była wyjątkowa: wysokie na kikadziesiąt metrów olbrzymie drzewa, poprzetlane lianami i ozdobione różnokolorowymi egoztycznymi kwiatami sprawiały, że czuliśmy się jak dzieci w ogromnej świetnie zaprojektowanej palmiarni. Plaże również należały do spektakularnych: od tej najbardziej popularnej w kształcie księżyca z białym piaskiem, turkusową wodą, palmami i skałami na obu końcach, która wyglądała jak żywcem wyjęta z filmu „Niebiańska plaża”, aż po kamienistą zatokę otoczoną dżunglą i wypełnioną maleńkimi wyspami. Popołudniu dała o sobie znać panująca tam pora deszczowa (jak miało się okazać był to dopiero początek tego co miało nas czekać w nadchodzących dniach) i tak nagle zerwała się ulewa, że wychodziliśmy w parku w ubiorze dość komicznym: foliowych ponczo (służącym nam już od Indonezji) narzuconymi wprost na stroje kąpielowe.
Kolejnym przystankiem na naszej trasie była stolica kraju, San Jose. Niestety- zgodnie z zapowiedziami innych backpackersów, którzy nam o nim opowiadali- miasto, mówiąc delikatnie nie należy do zbyt urokliwych. Niska betonowa zabudowa, przytłaczająca ilość fast-foodów (w pewnym momencie udało nam się naliczyć trzy restauracje McDonald’s na przestrzeni dwóch przecznic, co stanowi chyba rekord świata) i dosłownie kilka zabytkowych budynków sprawiły, że San Jose nie zakwalifikowało się na listę naszych ulubionych miast. Najjaśniejszym punktem naszego pobytu w stolicy, był tani, a przy tym elegancki hostel z ładnym basenem, ale pochmurna pogoda uniemożliwiła nam skorzystanie z niego.
Z San Jose udaliśmy się do Puerto Viejo, miasteczka położonego nad Morzem Karaibskim, słynącego z największej fali na tym wybrzeżu oraz z żywej kultury rastafarianizmu, a co za tym idzie- kultu Boba Marleya. Jak można się domyśleć towarzyszy temu spora popularność „świętego zioła”, czyli marihuany, o czym przekonaliśmy się tuż po wyjściu z autobusu. Najpierw na ulicy miły pan zaproponował nam zakup „specjalnych ciastek”, a po zajściu do hostelu usłyszeliśmy taki oto dialog pomiędzy przybyłymi gośćmi a chłopakiem w dredach z obsługi:
-Można tu palić?
-Tytoń na zewnątrz, marihuanę wewnątrz.
Samo miasteczko wraz z okolicą,-mimo iż dość popularne wśród turystów- zdobyło nasze serca bezpretensjonalnością, zrelaksowaną atmosferą i pięknym widokami dżungli dochodzącej do samego wybrzeża. Jednego dnia wypożyczyliśmy rowerowy tandem (pierwszy raz w życiu jeździliśmy na tym wynalazku, co sprawiło nam sporo frajdy) i objechaliśmy okoliczne plaże, a kolejnego pojechaliśmy stopem do pobliskiego parku narodowego Cahuiti, gdzie po długiej wędrówce wreszcie zobaczyliśmy upragnionego przez nas zwierzaka: siwego leniwca o specyficznych okrągłych oczach i bardzo powolnych ruchach. Żal nam było stamtąd wyjeżdżać, ale czas biegł nieubłagalnie i nazajutrz wsiedliśmy w autobus na granicę z Panamą.
Wyjeżdżając z kraju zaczęliśmy z Anią dyskutować o wrażeniach jakie wynieśliśmy z Kostaryki. Doszliśmy do wniosku, że do podobnych co z Nowej Zelandii: jest to kraj o niezwykle bogatej przyrodzie, przepięknych zakątkach i wielu atrakcjach, ale biorąc pod uwagę ceny jedzenia i wspomnianych atrakcji musimy tam kiedyś wrócić z bardziej zasobnym portfelem.
W następnym odcinku nasz krótki pobyt w Panamie, a konkretnie na karaibskich wyspach i w stolicy kraju oraz o początku naszej przygody z Ameryką Południową w przepięknej i niezwykle przyjaznej Kolumbii. Dużymi krokami zbliża się też okrągła rocznica naszego wyjazdu z Polski, co uczcimy osobnym wpisem już wkrótce. Do usłyszenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *