Wśród kubańskiej dżungli, gór, muzyki, rumu i cygar

No i zakończyła się nasza prawie miesięczna przygoda z Kubą. Kraj ten tak bardzo nam przypadł do gustu (mimo wielu niedogodności i braków), że postanowiliśmy go wpisać na naszą prywatną listę najlepszych miejsc (obok m.in. Nepalu, Indonezji czy Nowej Zelandii) , które odwiedziliśmy jak dotąd i do których na pewno musimy kiedyś wrócić.
Ci z Was, którzy czytali nasz poprzedni wpis, gdzie zastanawialiśmy się co dalej- góry czy plaża- nie mogli mieć raczej wątpliwości jak rozpocznie się druga część naszej podróży po wyspie.

Po dwóch dniach zwiedzania Santiago de Cuba (o samym mieście za chwilę) i zasięgnięciu porady u bardzo pomocnego pana z państwowego biura podróży wyruszyliśmy w kierunku Pico Turquino, najwyższego szczytu Kuby (1974 m n.p.m.) położonego w pokrytym dżunglą paśmie Sierra Muestra, która w czasie rewolucji służyła za schronienie Fidelowi Castro i jego zwolennikom.
Samo dotarcie do podnóży gór już okazało się nie lada wyprawą. Z Santiago wyjechaliśmy o 6 rano rejsowym autobusem , ale już po półtorej godziny przesiedliśmy się po raz pierwszy w czasie naszego pobytu na najpopularniejszy miejscowy środek transportu, czyli „camiónes” (po hisz. ciężarówki). Ogólnie wygląda to w ten sposób, że ciężarówka zamiast przewozić ładunek ma zamontowane cztery ławki, których w rzędach siedzą stłoczeni ludzi osłonięci plandeką od słońca. Po dwóch takich przejazdach w niewiarygodnym upale okazało się, że na ostatnim odcinku jedyna ciężarówka będzie przejeżdżać za 4 godziny, a lokalni kierowcy zażądali horrendalnych kwot za przewóz. Wieś w której utknęliśmy składała się z około tuzina domostw, piekarni i bardzo podstawowej restauracji, w której co prawda nie było jedzenia, ale można się było napić lokalnego piwa o bardzo wątpliwych walorach smakowych. Po długim oczekiwaniu umilanym piciem piwa, wizytą w piekarni i rozmową z kilkoma mieszkańcami wreszcie nadjechał nasz transport. Nie byliśmy jednak przygotowani na to co zobaczyliśmy. Ciężarówka nie posiadała żadnych ławek ani plandeki, a na pace stało w niemiłosiernim ścisku 50-70 osób (naprawdę trudno było policzyć czy nawet oszacować). Wejście do środka oznaczało wspinaczkę po kilkumetrowej drabince po czym skok w tłum. Na uwagę Ani siedzącej już na okrak na barierce, że nie ma gdzie nawet stanąć kierowca z flegmą odpowiedział, że jak się nie podoba to możemy sobie wziąć taksówkę, co lekko wyprowadziło Anię z równowagi. Samą jazdę na stojaka z plecakiem nad głową w tłumie przypominającym widownię pod sceną na koncercie rockowym po zjazdach i podjazdach sięgających 45 stopni można porównać chyba tylko z jazdą kolejką górską w lunaparku. Na miejscu czekała nas miła niespodzianka, bo nocleg który polecił nam pan w Santiago i zarezerwowany wcześniej w państwowym hotelu był naprawdę tani i obejmował darmową kolację i śniadanie (ceny na miejscu były 3 razy wyższe niż z wcześniejszą rezerwacją).
Z samego rana wjechaliśmy do parku narodowego i po krótkiej rozmowie z naszym przewodnikiem (który jest obowiązkowy) zdecydowaliśmy, że przed wyruszeniem w kierunku najwyższego szczytu Kuby chcemy wpierw odwiedzić wspomnianą siedzibę Fidela Castro i jego partyzantów podczas rewolucji w latach 50-tych. Oznaczało to nadłożenie około 6 km wędrówki po dżungli, co nie wydawało małym wysiłkiem dopóki nie powróciliśmy na właściwy szlak i tropikalny upał dał nam porządnie w kość. Kolejne 8km, które składały się z samych podejść i zejść były taką mordengą, że nawet przewodnik, który przemierzał tą trasę co tydzień twierdził, że chyba nigdy nie szedł w takim skwarze. Tym razem nocleg w obozie górskim okazał się zdecydowanie bardziej prymitywny (chatka drewniana bez moskitier i oświetlenia) a jedzenie sprowadzało się do ryżu i pojedynczej porcji kurczaka. Przed przybyciem na miejsce czytaliśmy w przewodniku, żeby zaopatrzyć się w ciepłą odzież, bo nawet latem nocą jest zimno. Nie chciało się nam w to wierzyć zasypiając w samej bieliźnie i pocąc się z gorąca, ale w środku nocy obudziliśmy się zgrzytając zębami z wychłodzenia a Ania postanowiła założyć na siebie wszystkie warstwy odzieży łącznie z kurtką puchową (śpiwory zostały w Santiago).
Kolejny dzień wędrówki i wejście na samo Pico Turquino okazało się już dużo łatwiejsze, ale zejście z wysokości prawie 2km n.p.m. aż na samo wybrzeże Morza Karaibskiego kosztowało nas dużo wysiłku, a ja okupiłem to lekko skręconą kostką. W pełni wynagrodziły nam to jednak widoki wzgórz porośniętych ciemnozieloną dżunglą, które z oddali wyglądały jak pole brokułów, na tle turkusowo-lazurowej tafli morza. Gdy zeszliśmy na nabrzeże do małej wsi Las Cuevas okazało się, że jedyny autobus w kierunku Santiago odjeżdża stamtąd o świcie. Po nieudanych próbach złapania stopa, dogadaliśmy się z chłopakiem przejeżdżającym furmanką, że za niewielką opłatą zawiezie nas do oddalonego o kilkanaście kilometrów kempingu. Nie było na nim wolnych miejsc, ale para Anglików, których spotkaliśmy wcześniej w górach zaproponowali, że możemy się przespać na jednym z dwóch łóżek w ich domku. Wieczór w towarzystwie ich i pary Kubańczyków minął bardzo przyjemnie na dyskusjach o sytuacji na Kubie, opowieściach podróżniczych, piciu miejscowego rumu i paleniu okazjonalnego cygara.
O 6 rano wsiedliśmy we wspomniany już autobus, kolejną camione i po kilku godzinach wróciliśmy do naszego pensjonatu w Santiago de Cuba. Znajdował się on w dzielnicy immigrantów z Haiti schodzącym ze wzgórza do zatoki, na którą mieliśmy piękny widok z naszego balkonu. Santiago, drugie pod względem wielkości miasto w kraju, z powodu bliskości Jamajki, Haiti i innych wysp regionu charakteryzuje się odmienną kulturą i muzyką niż reszta kraju. Podczas naszego pobytu odbywał się akurat Festiwal Karaibski, więc mieliśmy okazję obejrzeć paradę czy spacerujące po ulicach grupy wędrowne ubrane w stroje przypominające z filmu „Piraci z Karaibów”. Z powodu dużej odległości od Hawany i tradycyjnej niezależności regionu to właśnie tutaj rozpoczęły się pierwsze wystąpienia- zarówno pokojowe jak i zbrojne- przeciwko dyktaturze Batisty, o czym można się dowiedzieć w wielu tamtejszych muzeach skażonych- co raczej oczywiste w tych warunkach- dużą dawką socjalistycznej propagandy. Oprócz wspomnianych muzeów i muzyki główną atrkację miasta stanowi plac położony na samym szczycie wzgórza z piękną katedrą (oczywiście zamkniętą z powodu remontu) oraz hotelu, z którego tarasu roztacza się okazały widok na całe miasto i okolicę.
Nazajutrz po powrocie do Santiago siedzieliśmy już w nocnym autobusie przez cały kraj z powrotem do Hawany, gdzie przesiedliśmy się na taksówkę na zachód do doliny Viñales. Okolica ta słynie z bardzo nietypowego układu terenu składającego się z ogromch wapiennych ostańców tworzących oddzielne doliny i wąwozy. Pierwszy dzień poświęciliśmy na odpoczynek po całej dobie w podróży i rekonwalescencji mojej kostki, ale już kolejnego dnia dziarsko wypożyczyliśmy rowery i w żarze lejącym się z nieba (i hektolitrach potu lejących się z nas) zaczęliśmy objazd okolicy. Zobaczyliśmy pokaźny mural namalowany na wielkiej skale ścialnej (jego wykonanie zajęło 18 osobom 4 lata), odwiedziliśmy lokalną chatę wiejską malowniczo położoną pośrdoku zielonej doliny, a później udaliśmy się na odpoczynek nad basen do hotelu położonego na klifie, z którego roztaczał się niesamowity krajobraz (patrz zdjęcia). Po obiedzie w miasteczku pojechaliśmy jeszcze na zachód słońca do Doliny Ciszy, ale trafiliśmy przez przypadek do jaskini skalnej, w której kiedyś ukrywali się zbiegli niewolnicy. Nazajutrz wsiedliśmy na konie i wyruszyliśmy na trzygodzinną wycieczkę po której sobie naprawdę sporo obiecaliśmy (galopowanie pośród pięknych kanionów), ale okazało się, że to typowa pułapka na turystów za zasadzie: 10 minut na koniach, zwiedzanie farmy tytoniu, 10 minut na koniach, wizyta na plantacji kawy itd. Wróciliśmy bardzo rozczarowani i pokłóceni z naszym przewodnikiem (który widział w nas najwyraźniej dwie świnki skarbonki do wytrząsania pieniędzy), spakowaliśmy plecaki i pojechaliśmy do Hawany na ostatnie 4 dni naszego pobytu.
Stolica, w której mieliśmy okazję spędzić tylko jeden wieczór po przylocie, teraz wywarła na nas zupełnie inne wrażenie. Za pierwszym razem w oczy rzucała się głównie wszechobecna bieda, śmieci i brak oświetlenia na ulicach. Za drugim podejściem zdobyła nasze serca piękną (choć często zaniedbaną) architekturą i spektakularnymi zachodami słońca na Malaconie, tamtejszej promenadzie. Właśnie od Maleconu rozpoczęliśmy naszą drugą wizytę: niekończący się rząd kamienic w róźnym stylu architektonicznym i różnym stanie rozkładu, zakończony starym kolonialnym fortem z latarnią morską, obsadzony przez lokalną młodzieź, tłum wędkarzy i garść turystów, atakowany przez fale i oświetlony miękkim światłem popołudnia prezentuje się przepięknie. La Habana Vieja (Stara Hawana) natomiast może się pochwalić największą ilością zabytków (w dużej mierze starannie odnowionymi), brukowanymi uliczkami, knajpami do których uczęszczał Ernest Hemingway, ale także największą ilością zagranicznych turystów. Hawana Centralna, w której nocowaliśmy, również składa się z pięknych kamienic, ale dużo bardziej zaniedbanych- rekompensuje to jednak brak turystów, wiele lokalnych „restauracji”, gdzie można zjeść obiad za dolara i oglądać z bliska codzienne życie Kubańczyków. Jak na stolicę przystało nie zabrakło także atrakcji muzycznych: koncertu wyznawców Santerii, religii Afrokaraibskiej, z niesamowitymi bębnami i ekstatycznymi tańcami czy kilku wizyt w Domu Muzyki, Domu Rumby i barach, gdzie mieliśmy okazję posłuchać salsy, son, rumby i innych odmian z boagatego katalogu muzyki kubańskiej.
Ostatnim, a zarazem jednym z najlepszych epizodów w naszej podróży po Kubie, było nawiązanie znajomości z niezwykle sympatycznym barmanem w średnim wieku i jego synem, którzy po dłuższej rozmowie w barze zaprosili nas do siebie na wieczór. Pojawiliśmy się w drzwiach spóźnieni, z butelką rumu w ręce i nie do końca wiedząc czego się spodziewać. Po kilkunastu minutach atmosfera się bardzo rozluźniła, ja wdałem się w dyskusje o polityce i ekonomii z Jasonem, młodszym przedstawicielem rodu, Marilyn, jego dziewczyna o korzeniach afrokubańskich, która świetnie mówiła po angielsku zabrała się za uczenie Ani salsy a ojciec co chwila włączał się do dyskusji po hiszpańsku każąc młodym wszystko nam tłumaczyć. Mimo, że dużo opowiadali nam o trudnościach życia w wiecznym niedostatku, gdzie każdy musi kombinować, aby związać koniec z końcem, w ich głosie nie słychać było zgorzknienia czy użalania się nad sobą. Na zabawie, pogawędkach i słuchaniu muzyki zeszło nam prawie do rana, a następnego dnia wybraliśmy się jeszcze z Jasonem i Marilyn na pobliską plażę, reklamowaną przez nich jako jedną z piękniejszych na Kubie. Rzeczywiście, połączenie białego piasku, turkusowej wody i luźno rozrzuconych palm wyglądał jak żywcem wyjęty z folderu reklamowego rejsów po Karaibach. Niestety dość szybko musieliśmy wracać na nasz wieczorny samolot, ale pożegnaliśmy się z naszymi nowymi znajomymi bardzo serdecznie, obiecaliśmy utrzymywać kontakt na odległość i że kiedyś się jeszcze zobaczymy, co- biorąc pod uwagę ogromny urok Kuby i jego mieszkańców, pod którym pozostajemy- jest bardzo prawdopodobne!
Kiedy wsiedliśmy na pokład samolotu meksyńskich linii lotniczych Aeromexico, gdzie zaserwowano nam kanapkę z PRAWDZIWĄ szynką i serem, po czym napiliśmy się znakomitej herbaty i soku pomarańczowego, poczuliśmy się jak w innym świecie i uświadomiliśmy sobie ile rzeczy człowiek Zachodu bierze na codzień za oczywistość. Po nocy spędzonej w Mexico City u naszych znajomych z Couchsurfingu, u ktorych nocowaliśmy półtora miesiąca wcześniej, polecieliśmy do Nikaragui, która stanowi bardzo jaskrawy kontrast do Kuby. Hostele pełne zagranicznych backpackersów, gdzie impreza się prawie nie kończy, zjeżdżanie na desce z wulkanu (zainteresowani i niecierpliwi mogą wpisać w Google „volcano boarding”) czy relaks na prawie bezludnej wyspie w bambusowych chatkach z próbami surfingu to już temat na zupełnie inną opowieść, na którą zapraszamy w następnym odcinku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *