Witaj Nepalu, czyli Katmandu po raz pierwszy

Od trzech dni jesteśmy w Katmandu i bezustannie chłoniemy to miasto wszystkimi zmysłami. Stolica Nepalu atakuje przybyszów od samych drzwi lotniska. Przedzieranie się przez tłum taksówarzy, hotelarzy, organizatorów wycieczek i różnej maści naciągaczy spowodowało, że czuliśmy się jak narciarz mijający kolejne tyczki w slalomie. A był to tylko przedsmak tego co nas czekało na drodze. Gdy po ostrych negocjacjach dotyczących ceny siedzieliśmy w taksówce na tyle małej, że ledwo mieszczą się do niej dwie osoby z plecakami, wyjechaliśmy na ulice tak zatłoczone, hałaśliwe i chaotyczne, że aż zakręciło się nam w głowie (choć mogło to być równie dobrze wywołane ilością spalin w powietrzu). Nasz kierowca postanowił wygrać wyścig ze wszystkimi samochodami, motorami i rowerami, nie mówiąc już o pieszych i krowach drepcących między nimi.


W hostelu okazało się, że nie ma ani prądu ani wody, co nas mocno rozeźliło. Gdy następnego dnia nic się w tej sprawie nie zmieniło zaczęliśmy się mocno irytować- w końcu Katmandu miało być miejscem odpoczynku po 15 dniach gonitwy w Chinach i przed wyjściem na trekking w Himalaje. Gdy wreszcie poleciała z kranu woda (na dodatek ciepła) i po dwóch dniach wzięliśmy upragniony prysznic morale nam się podniosły i ruszyliśmy w miasto.
Katmandu nagromadzeniem świątyń hinduistycznych i buddyskich oraz zabytkową architekturą mógłby spokojnie konkurować z liczbą kościołów w Rzymie czy Paryżu. Na samym placu Durbar, stanowiącym serce miasta, stoi więcej budynków sakralnych niż na Kremlu. Oprócz tego prawie z każdej zatłoczonej uliczki starego miasta można zboczyć na ciche place i podwórka, w których stoją bielone stupy i pagody, a otaczające je budynki pochodzą niekiedy z XII czy XIV wieku. Osobną częśc miasta stanowi turystyczny Thamel z niezliczoną ilością hoteli, restauracji, agencji turystycznych i- co dla nas najważniejsze- sklepów ze sprzętem trekkingowym, gdzie podrabiane kurtki czy spodnie znanych marek można dostać już za równowartość 30 złotych. Po spacerach, zwiedzaniu i intensywnych zakupach dzisiaj przyszedł czas na relaks i wylegiwanie się w słońcu w Ogrodzie Marzeń-oazie spokoju, zieleni i czystości pośród rozgardiaszu Katmandu.
Opowiadając o Nepalu nie można pominąć jego uprzejnych i prawie zawsze uśmiechniętych mieszkańców, którzy nie patrzą na zachodnich turystów jak na chodzące skarbonki, co jest bardzo miłą odmianą po Chinach. Poza tym dzisiaj rozpocząło się Diwali, hinduistyczne święto światła trwające pięć dni. Na ulicach zapalonych jest tysiące lampek i świeczek, każdy sklep i kawiarnia układa przed swoim wejściem fantastyczne wzory z różnokolorowych proszków, a dzieci biegają od drzwi do drzwi tańcząc i śpiewając w oczekiwaniu na drobny datek.
Przed wylotem z Chin dwa dni spędziliśmy idąc zboczem Wąwozu Skaczącego Tygrysa. Jest to nadal zachwycające miejsce z niesamowitymi widokami, ale niestety rozwój infrastruktury spowodował, że stracił on część ze swojego uroku, który miał 8 lat temu, gdy byłem tu pierwszy raz. Potem nocny pociąg do Kunming, gehenna z odprawą na lotnisku (Ania próbowała przewieźć butlę z gazem, co skończyło się wizytą u straży lotniska) i kilkugodzinny lot, niestety bez widoków na Himalaje. Jutro zwiedzamy pobliskie miasteczko Patan, a pojutrze lub dzień później przenosimy się do Pokhary- w kierunku Annapurny.