Wyprawa po pustyni Gobi i przyjazd do Państwa Środka

We wtorek po północy dojechaliśmy do Pekinu skrajnie wyczerpani po ponad 30 godzinach w pociągu, autobusie i taksówce. Nasz przejazd zaczęliśmy dwa dni wcześniej popołudniu wyjeżdżając pociągiem z Ułan Bator na granicę mongolsko-chińską. Nie było już biletów na tanie kuszetki (ang. hard sleeper), więc w ramach oszczędności wzięliśmy miejsca siedzące (podobne jak na trasie Ryga-Moskwa), co było ciekawym przeżyciem- szczególnie, gdy w środku nocy do wagonu wpada tłum, ktoś cię budzi i próbuje udowodnić, że twoja miejscówka to najwyższa półka pod sufitem przeznaczona na bagaż.

Później przesiedliśmy się na stosunkowo wygodny autokar, ale tego co działo się na samej granicy nie spodziewalibyśmy się nigdzie na świecie. Gdy podjechało kilka autobusów, tłum ludzi, który się z nich wytoczył postanowił szturmem wziąć bramki bezpieczeństwa. Ania nie na żarty przestraszyła się stratowania przez napierający motłoch, a na mój krzyk po angielsku, żeby się uspokoić odpowiedział mi gromki śmiech. I to wszystko na oczach spokojnie stojącego obok wartownika. Zaraz za granicą autokar zrobił sobie czterogodzinną przerwę, a na kolejnym przystanku, już w głębi Chin, Ania przeżyła swój pierwszy prawdziwy szok kulturowy po wizycie w dworcowej jadłodajni, a przede wszystkim- toalecie (szczegóły sobie darujemy).
Wcześniej spędziliśmy tydzień na sławnej pustyni Gobi. Jej nieprzebrany ogrom, dzikość i wręcz księżycowe krajobrazy zachwycają, ale wywołują także lekki niepokój. Wbrew pozorom (a może tylko wbrew naszym wcześniejszym oczekiwaniom), Gobi jest w przeważającej części żwirowo-kamienista lub pustynno-stepowa, a klasyczne piaszczyste wydmy stanowią tylko jej wycinek i to jeden z najbardziej widowiskowych. Poza tym do głównych atrakcji należą czerwone Klify Flemingów przywodzące na myśl Wielki Kanion Kolorado, kamienny wąwóz Jolyn Am, w którym pokrywa lodowa zalega przez większość roku i sięga nawet 10 metrów grubości, oraz Biała Stupa- formacje skalne w kolorze soli, które są rzekomo pozostałością wyschniętego oceanu. Niestety, po wyjeździe Justyny i Leszka nie udało nam się przez dwa dni znaleźć chętnych do wynajmu samochodu i musieliśmy dołączyć do zorganizowanego wyjazdu, co nie było już tak przyjemne, mimo iż nasi towarzysze podróży- młoda Angielka, Australijczyk i Niemiec- byli bardzo sympatyczni i kontaktowi.
Po przyjeździe do stolicy Chin w 3 dni zobaczyliśmy (Ania po raz pierwszy, ja ponownie po 8 latach) Zakazane Miasto- odwieczną siedzibę cesarzów, Wielki Mur, Pałac Letni z otoczającymi go jeziorami i ogrodami, a na koniec przespacerowaliśmy się po hutongach- wąskich uliczkach starego Pekinu odchodzącego powoli w zapomnienie. Oprócz tego zaznajomiliśmy się z kilkoma przysmakami kuchni chińskiej ze sztandarową kaczką po pekińsku na czele (wyśmienita!). Następnie po szalonym przejeździe taksówką ulicami Pekinu i wbięgnięciu na peron w ostatniej chwili (wiemy, ograny numer), spędziliśmy jedyne 30 godzin w pociągu do Chengdu oraz kolejne 7 w autobusie do Songpan.
I tym oto sposobem jesteśmy właśnie w syczuańskich górach, wgłąb których wyruszamy jutro na 3 dni na koniach. Startujemy z wysokości ok. 2800 m n.p.m., dojeżdżamy na ok. 4200 m n.p.m. i śpimy w namiotach, więc mamy nadzieję, że nie zamarzniemy- póki co Ania zachwyca się nowopoznanym wynalazkiem: podgrzewanym elektrycznie kocem. Do usłyszenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *